| Krym 2009 |
|
Poniedziałek, 31.08.2009
W drogę na Krym wystartowaliśmy w poniedziałek 31 sierpnia. Pobudka przed 7 rano, pakowanie pozbieranych wcześniej rzeczy, śniadanie i parę minut po 9 wyjeżdżamy. Pierwszy postój mamy zaplanowany w Zimnej Wodzie pod Lwowem u znajomych Doroty - Rusłana i jego żony. Od Wrocławia do Krakowa lecimy A4, więc idzie w miarę szybko. Później niestety jest już gorzej, prawie do samej granicy droga w remoncie albo po jednym pasie przez wioski. Odprawa na granicy w Korczowej odbyła się szybko. Nie wiem jak to jest, ale na Ukrainę wjeżdża się zawsze bez kolejki, a w przeciwną stronę ogromna kolejka. Oni już nie wracają czy jak? :) Mapy Garmina prowadzą nas jak po sznurku do Zimnej Wody i około 18.00 spotykamy się z Rusłanem, który czeka na nas przy drodze. W domu czeka nas obfity posiłek chyba z pięciu dań no i oczywiście wódeczka i rozmowy do późnego wieczora.
Wtorek, 1.09.2009
Wstajemy rano o 7.00 czasu ukraińskiego, czyli o 6.00 naszego, śniadanie i ruszamy dalej. Dzisiaj będziemy nocować w Pierwomajsku, w hotelu który znaleźliśmy podczas czerwcowego wyjazdu do Dagestanu. Po drodze wstępujemy jeszcze do Umanu, by obejrzeć Sofifkę. Sofifka to ogromy park (155 ha) ufundowany w 1796 roku przez Polaka Stanisława Potockiego dla jego żony - Sofii. Stąd nazwa. Projektantem był polski kapitan artylerii Ludwik Metzel. Park zwiedzaliśmy ponad 2 godziny w towarzystwie odświętnie poubieranej młodzieży, która z piwem i winiakami świętowała rozpoczęcie roku szkolnego :) Po za tym trochę sie pogubiliśmy, bo do parku prowadzi kilka bram, a my niestety wyszliśmy nie ta co trzeba :) Pani kasjerka powiedziała nam, że lepiej jak pójdziemy do odpowiedniej bramy wokół parku, bo przez park to nam zejdzie kolejne 2 godziny :) Oczywiście nie zobczyliśmy całego parku, ale na prawdę warto tam zajrzeć i popatrzeć na ciekawe rośliny, fontanny, wodospady, rzeczki, rzeźby, jaskinie i bardzo ciekawie ukształtowany teren. Do Pierwomajska docieramy koło 19.00 i logujemy się w hotelu. Ponieważ tym razem wyjazd z Dorotą w wersji "de lux" :) to bierzemy lepszy pokój z łazienką, klimą i tv za 280 hrywien (około 100zł).
Środa, 2.09.2009
Pobudka o 7.00 i wyruszamy w ostatni etap podróży na Krym. Po drodze jedna przygoda z gliniarzami. W jakimś miasteczku stoimy na światłach i tuż za nimi haltuje nas milicjant. Wpiera nam, że przejeżdżaliśmy na czerwonym, ale oczywiście wyśmiewamy go i w końcu nas puszcza po kontroli dokumentów. Jedno co mnie w kurzyło, to jakiś dziadek, który się kręcił koło nas i nawijał po ukraińsku: "Tak, tak, ja widziałem. Przejeżdżali na czerwonym". No myślałem, że przywalę dziadowi. Chyba miał nadzieję, że mu gliniarze odpalą coś z ew. łapówy. Dalsza droga bez problemów, tylko za Symferopolem musieliśmy się schować na chwilę na stacji benzynowej przed chwilową nawałnicą deszczu.
Dojeżdżamy do Ałuszty i rozglądamy się za jakimś hotelem. Wybieramy pierwszy z brzegu na ulicy prowadzącej do morza. Jest to hotel "Flaming", standard jak w Pierwomajsku, czyli łazienka, klima, tv, lodówka i w miarę nowy, czyli czyściutko i nic nie poniszczone. Cena też przystępna - 300 hrywien za dobę, czyli jakieś 110zł. Jest też miejsce na motocykl za bramą hotelu tuż koło recepcji, a to ważne :) Rozpakowujemy się i ruszamy na miasto. Wcinamy kolację w jakiejś knajpce a potem spacer wzdłuż plaży. Po nabrzeżu przewalają się tłumy ludzi, pełno jakichś straganów, wróżek, dziewczyny mogą sobie włosy zapleść, paznokcie pomalować. Można sobie fotkę przy motocyklach lub w średniowiecznym stroju strzelić, kupić pirackie płyty, generalnie wszystko i nic i kupa hałasu. Plaże małe, kamieniste i płatne. Już wiem, że raczej nie skorzystam :)
Czwartek, 3.09.2009
Plan jest taki, że mieszkamy sobie w Ałuszcie i zwiedzamy okoliczne atrakcje. Dzisiaj wyruszamy do Jałty, jakieś 30km od Ałuszty. Motocykl zostawiamy na strzeżonym parkingu, ciuchy i kaski w budce parkingowego i wyruszamy na miasto. Kręcimy się chwilę po nabrzeżu i mieście. Nie ma za wiele do zwiedzania, ale samo miasto bardzo przyjemne. Potem szukamy ormiańskiej cerkwi Surb Ripsime. Znajduje się ona na wzgórzu w centrum miasta i proewadzą do niej strome schody. Z dołu robi niezłe wrażenie. Po cerkwi znowu kierujemy się w stronę morza i mijając plac im. Lenina z jego ogromnym pomnikiem trafiamy do portu. Zostało nam jeszcze sporo czasu, więc wykupujemy sobie wycieczkę statkiem do Jaskółczego Gniazda.
Rejs trwa jakieś pół godziny, po drodze możemy podziwiać od strony morza Jałtę, Liwadię, Pałac Woroncowów. Docieramy do Gaspry, gdzie właśnie znajduje się Jaskółcze Gniazdo. Budowla położona jest tuż nad urwiskiem na szczycie skały Aj-Todor i stanowi symbol Krymu. Wybudowana była jako ekskluzywna willa na życzenie bogatego niemieckiego barona Steingela, który ją sprzedał dwa lata później. Od tej pory mieści się tam restauracja, która funkcjonuje do dziś, z przerwą od 1927 do 1971 spowodowaną uszkodzeniami po trzęsieniu ziemi.
Wracamy statkiem do Jałty i wyjeżdżamy motocyklem na Polanę Bajek. Jest to park tuż za Jałtą, jadąc w kierunku Sewastopola, który stanowi niby to galerię, niby muzeum różnych rzeźb wykonanych z drewna i kamienia, a przedstawiających przeróżne postaci z bajek. Jest tego cała masa (około 300 jak podają przewodniki) i ogląda się to z rozrzewnieniem, wspominając kreskówki z dzieciństwa. Można zobaczyć Czerwonego Kapturka, Kiwaczka, Pinokia, 7 krasnoludków i wiele innych. Polana Bajek kończy zwiedzanie na dzisiaj i wracamy do Ałuszty.
Piątek, 4.09.2009
Dzisiaj w planach Sudak i Nowy Świat. Do Sudaka mamy około 80km. Droga kręta jak diabli, same winkle, z rzadka tylko kilkaset metrów prostej. Niestety nie da się z przyjemnością po tym jechać. Asfalt co prawda nie jest dziurawy, ale strasznie nierówny i pofałdowany, tak więc nie da się poskładać w winklach. W drodze powrotnej rzygałem już tymi zakrętami. Kilka razy droga zbliża się do wybrzeża, wtedy widać kamieniste, brudne plaże. Jeśli nie ma akurat jakiejś miejscowości, to Ukraińcy rozbijają się w namiotach i jakichś starych przyczepach campingowych. Generalnie każda plaża wypełniona ludźmi, droga zastawiona samochodami i łażącymi w te i we w te ludźmi. O toaletach czy prysznicach można zapomnieć.
Wjeżdżamy do Sudaka i od razu podjeżdżamy pod zamek. Miejscowość Sudak istnieje już od III w. W XIV w. po przejęciu Sudaka przez genueńczyków, została wybudowana twierdza, której pozostałości można oglądać do teraz. Twierdza była ogromna, jej obszar wynosił prawie 30ha, otoczony ze wszystkich stron murem. Do dzisiaj zachowały się dwa fragmenty muru, 14 baszt, meczet, zbiorniki na wodę, zwane cysternami i fundamenty domów. Obleźlismy wszystkie mury, meczet i postanowiliśmy się wdrapać na szczyt najwyższej skały z resztkami baszty. Nie było to proste - stromo, kamienie wyślizgane, żadnych poręczy czy uchwytów, ale daliśmy radę. Warto było, bo widok z góry super.
Z Sudaka pojechaliśmy kilka kilometrów dalej, do Nowego Świata. Jest to miejscowość ukryta za łańcuchem górskim, nad trzema przepięknymi zatokami. Panuje tam o wiele cieplejszy i wilgotniejszy klimat niż na reszcie Krymu. Gdy gdzie indziej jeszcze leży śnieg, to w Nowym Świecie podobno kwitną już kwiaty i rośliny. Z tego względu rozwinęła się tam już od dawnych lat produkcja win i szampanów. Atrakcją jest rezerwat przyrodniczy, z trasą wykutą w skale, prowadzącą wzdłuż trzech zatok. Po drodze można odwiedzić grotę Galicyna, dawnego właściciela tutejszych winiarni, w której organizował przyjęcia i degustacje win dla swoich nabywców. Na końcu trasy znajduje się tunel pod skałami, tuż przy powierzchni morza, który łączy ostatnią zatokę z drugą. Niestety po przejściu w strasznym upale 3 km, wspinając się nie raz na spore wysokości, zastaliśmy ten tunel zamknięty. Potem dowiedzieliśmy się od kasjera, który wpuszczał ludzi do rezerwatu, że dwa lata temu, zginęła tam Polka, na którą spadł kawałek skały i od tej pory przejście tunelem jest zamknięte. Jednak i tak było warto przejść całą trasę. Z Nowego Świata wracamy do Ałuszty.
Sobota, 5.09.2009
Poprzedniego dnia sporo się nałaziliśmy i Dorota trochę wymiękła, ja z resztą też nieźle się umęczyłem, więc postanowiliśmy zrobić sobie dzień lenistwa :) Był to też jedyny dzień, w który wybraliśmy się na plażę w Ałuszcie, ale tylko na 15 min. Tłumy takie, że nie ma nawet gdzie ręcznika położyć, więc Dorota wskoczyła tylko na chwilę do wody, a ja nawet się nie rozbierałem, kąpiel w Morzu Czarnym zaliczyłem podczas powrotu z Dagestanu :)
Niedziela, 6.09.2009
Dzisiaj jedziemy do Bakczysaraju, zwiedzić Pałac Chanów oraz zobaczyć Czufut-Kale. Jedziemy przez Symferopol i po 1,5h jesteśmy na miejscu. Jak się okazało Pałac Chanów już minęliśmy, ale nie szkodzi, zaczniemy od skalnego miasta. Po drodze do Czufut-Kale mijamy Klasztor Uspienski, także wykuty w skale. Wstępujemy na chwilę do środka, ale szczerze mówiąc nic ciekawego. Pełno ludzi, a w korytarzach prowadzących do światyni i prawie że w samej świątyni masa straganów, na których sprzedawane są różne dewocjonalia. W dodatku nie można robić zdjęć :/
Idziemy dalej dnem kanionu i wspinamy się powoli do Czufut-Kale. Jesteśmy w miarę wcześnie, więc nie ma zbyt wielu turystów i spokojnie możemy sobie chodzić po skalnym mieście. Przy samym wejściu zachowało się kilka domów wykutych w skale, ale w porównaniu z Wardżią w Gruzji, to mały pikuś, mimo to całkiem interesujące. Wychodzimy na górę miasta, skąd roztaczają się piękne widoki na okoliczne góry i kaniony. Mały odpoczynek w knajpce zorganizowanej w jednym z zachowanych budynków i wracamy z powrotem. Idziemy naokoło miasta i spotykamy dwóch Ukraińców w baraku. Jeden na nasz widok chwycił się za jakąś giwerę, ale na szczęście tylko położył jś sobie na kolanach siadając na jakimś krzesełku przed barakiem. Szybko się zawinęliśmy naraz strasznie zainteresowani robieniem zdjęć w przeciwnym kierunku :)
Schodząc z Czufut-Kale zwiedzamy jeszcze tajną, wykutą w skale, studnię Tik-Kuju, która podczas oblężeń zaopatrywała miasto w wodę. Została odkryta całkiem niedawno, bo dopiero w 2001 roku. Ma 45 metrów całkowitej głębokości, prowadzi do niej skośny tunel, który dołącza do pionowego szybu w połowie jego głębokości. Dalej szyb poszerza się z 2 do 5 metrów i w dół prowadzą spiralne schody wykute w skale i w dodatku przeciwnie do wskazówek zegara (czyli inaczej niż wszystkie inne budowane do teraz). Są to jedyne na świecie takie schody. Jedną z ciekawostek jest to, że w skośnym tunelu prowadzącym do szybu występują stalaktyty, w miejscu, gdzie chłodne powietrze z dołu spotyka sie z ciepłym z góry i skrapla się para wodna. Na ścianie widać też wykuty plan studni i pieczęć budowniczego.
Z Czufut-Kale pojechaliśmy do Pałacu Chanów. Nie powiem, by zrobił na mnie jakieś wielkie wrażenie. Być może ma jakąś wielką wartość historyczną, ładnie wygląda, ale jakbym przyjechał na Krym tylko po to, to nieźle bym się wkurzył :) Jeszcze w dodatku na dziedzińcu przed pałacem rozłożyła się jakaś ekipa TV i nie można było fotki bez samochodu trzasnąć. Wewnątrz kompleksu już lepiej. Pokręciliśmy się po haremie i reszcie budynków. We wszystkich urządzone wystawy zachowanych przedmiotów z epoki i zainscenizowane sceny z życia. Oczywiście obejrzeliśmy także Fontannę Łez, najsłynniejszą z tutejszych trzech, przy której poeci (m.in. Mickiewicz) pisali swoje poematy.
Zostało nam jeszcze trochę czasu, więc postanawiamy udać się do Jaskini Marmurowej. Z trasy Symferopol-Ałuszta skręcamy w prawo w kierunku miejscowości Mramornoje, z której to do jaskini wiedzie kilkukilometrowa szutrówka do jaskini. Łapiemy się od razu na kolejną turę zwiedzania z przewodnikiem. Dobrze, że mamy nasze kurtki motocyklowe, bo w jaskini jest tylko 8 stopni. Miejscowi dostają kurtki, które można wypożyczyć na miejscu. Ja wolałbym już zmarznąć niż założyć to brudne coś, co oferowali :) Sama jaskinia jest bardzo duża, wysoka (ale wąskie i niskie przejścia też się przydarzyły), świetnie oświetlona i można wejść w prawie każdy zakamarek. Pani przewodnik raczyła nas różnymi opowieściami i anegdotkami, z których coś tam po rosyjsku rozumieliśmy. Nawet w jednym z miejsc, pani zademonstrowała śpiewem akustyczne walory jaskini. Generalnie byliśmy pod wrażeniem kolorów, kształtów, stalaktytów i stalagmitów. W okolicy była jeszcze jedna jaskinia, ale robiło się już późno, po za tym zaczęły się zbierać ciemne chmury, więc polecieliśmy z powrotem do Ałuszty.
Poniedziałek, 7.09.2009
Dzisiaj w planach Liwadia z Pałacem Potockich i Pałac Woroncowów w Ałupce. Pobudka o 8.00 i o 9.00 wyjeżdżamy. Po niecałej godzinie jesteśmy na miejscu i zabieramy się za zwiedzanie. Nie chce nam się pakować do środka i oglądać gablotek, czy też kolejnych sal pałacowych, więc robimy tylko rundkę wokół pałacu i po parku. Okolica bardzo ładna, biały pałac pięknie komponuje się z zielenią i górami. No i ten widok z góry na morze. Se mieszkali tutaj... :) Liwadia zasłynęła z tego, że w 1945 roku odbyła się w niej konferencja jałtańska, na której nieźle nas przerobili :/
W drodze do Ałupki postanawiamy przejechać się jeszcze kolejką linową na górę Aj-Petri, o której wyczytaliśmy w przewodniku. Znajdujemy dolną stację i ładujemy się do wagonika. Kolejka po drodze ma stację przesiadkową i cała podróż trwa 20min. Widoki z przejazdu niesamowite. Widać ogromną część wybrzeża i miasto z jednej strony, a z drugiej zbliżającą się pionową ścianę góry. Po wysiadce na końcowej stacji niezłe zaskoczenie - od strony kolejki pionowe urwisko, a z drugiej łagodnie opadający płaskowyż, z drogą prowadzącą do stacji kolejki. No i oczywiście masa budek z pamiątkami i jedzeniem, a wśród tego tłumy ludzi.
Oczywiście kolejka nie prowadzi na sam szczyt i zostaje nam jeszcze 400m w pionie do przejścia, ale spokojnym terenem. Wejście na sam szczyt płatne, normalnie niedługo za wjazd na Krym będzie się chyba płacić :/ Droga na górę zajmuje nam jakieś pół godziny i już możemy podziwiać piękne widoki. Na szczycie spotykamy trójkę Polaków, którzy także zwiedzają Krym, ale poruszają się pociągami i autobusami.
Zjeżdżamy kolejką na dół i wyruszamy do Pałacu Woroncowów. Jak się okazuje, znajduje się on 800m od stacji kolejki, więc nawet się nie ubieramy, tylko w kaskach przejeżdżamy ten kawałek. Do tego pałacu też nie mamy zamiaru wchodzić i tak jak poprzednio robimy rundkę po parku wokół. Wspinanie się na Aj-Petri i spacery po okolicach pałaców dają nam nieźle popalić, zwłaszcza że cały czas grzeje słońce, więc na dzisiaj kończymy zwiedzanie i wracamy do Ałuszty.
Wtorek, 8.09.2009
Dzisiaj śmigamy do Chersonezu Taurydzkiego w Sewastopolu. Chersonez, to założone ponad 500lat p.n.e. miasto greckie i jest udostępnione do zwiedzania jako rezerwat-muzeum. Na jego terenie znajduje się kilkadziesiąt budowli i kompleksów budowli, a raczej należałoby powiedzieć fundamentów po nich :) Jest jednak kilka zabytków, które ostały się lepiej zachowane. M.in. amfiteatr, bazylika, teatr i takie tam - do poczytania w przewodnikach :) No i oczywiście wybudowany w XIX wieku Sobór p.w. św. Włodzimierza. Całość znajduje się nad brzegiem morza i można się spokojnie wykąpać. To chyba jedyne miejsce, w którym na plażach widziałem tylko paru ludzi, no ale niestety nie mieliśmy ze sobą rzeczy do kąpania.
Z Chersonezu jedziemy do Foros. Wyczytaliśmy w przewodniku, że to najbardziej na południe wysunięta część Krymu i że warto tam zwiedzić park z jeziorkami połączonymi wodospadami wokół sanatorium wojskowego. Ma stać także jakaś zabytkowa latarnia. Na miejscu park znaleźliśmy, ale tych jeziorek to nazwałbym raczej kałużami :) No chyba, że nie znaleźliśmy tych właściwych :) Park sam w sobie nawet fajny, zwłaszcza widoki na morze super i chłodek panujący między drzewami. Połaziliśmy jeszcze trochę po kamienistym wybrzeżu w poszukiwaniu latarni, ale jej nie znaleźliśmy. A może ta latarnia to komin, który widzieliśmy? :) Lekko zawiedzeni zawinę;liśmy się na motocykl i wróciliśmy do naszego hotelu.
Środa, 9.09.2009
Ten dzień ponownie przeznaczamy na lenistwo :) Wysypiamy się porządnie i zwiedzamy Ałusztę. W sumie nie ma za bardzo co zwiedzać, więc tylko spacerujemy po mieście podglądając życie codzienne i podziwiając architekturę ośrodków wypoczynkowych z czasów komuny. Masakra, kiedyś to budowali brzydactwa, że hej! :) Obiad i kolacja na mieście, wieczorem jeszcze jeden spacerek nad morzem i spać, bo jutro rano zaczynamy wracać do Polski.
Czwartek, 10.09.2009
Pobudka o 7.00 i pakujemy się na motocykl. Chwilę to trwa, by znowu te wszystkie bambetle poupychać w kufrach, ale jakoś się udaje. Żegnani przez panią z recepcji, która nas b. polubiła wyruszamy w stronę Pierwomajska. Po drodze fotka przy pomniku z MIGiem i koło 17.00 lądujemy w hotelu. Tym razem łapiemy się na apartament, ale niestety przed remontem, czyli łazienka i tv, ale bez klimy i wszystko z czasów komuny. Za to taniej :).
Piątek, 11.09.2009
O 8.00 wyruszamy w dalszą drogę pod Lwów do Rusłana. Już w połowie drogi zaczyna nas ciągnąć mocno do Wrocławia :) Pod Lwowem jesteśmy koło 15.00 i decydujemy się jechać dalej aż do domu. Na granicy marnujemy 1,5h, bo kolejka na kilkaset samochodów. Oczywiście pchamy się na sam przód, ale i tak trochę musimy odstać w różnych kolejkach. Dalej już polskie drogi, równiutkie, bez dziur, za to strasznie zapchane samochodami i pozwężane remontami. Nawet motocyklem nie ma szans wyprzedzić kogokolwiek. W okolicach Rzeszowa szybki posiłek w McDonadzie, potem tankowanie za Krakowem i już A4 dojeżdżamy o północy do domu. W sumie trzasnęliśmy w ten dzień 1240km w 16h.
Podsumowanie Wyjazd był super, nazwiedzaliśmy się jak mało kiedy, chociaż nawet 1/4 tego co oferuje Krym nie zobaczyliśmy. Jest zatem powód, by kiedyś znowu tam pojechać :) W ciągu całej trasy zrobiliśmy 4391km, sypiając po luksusowych hotelach i nie oszczędzając na niczym wydaliśmy trochę ponad 3tys. zł. na nas dwoje. Piwo w knajpkach po 7 hrywien, najeść po uszy można się już za 150 - 200 na dwoje, nocleg w hotelu w pokoju o wysokim standardzie (łazienka, klima, tv) około 300 hrywien. Generalnie bardzo udane wakacje, polecam każdemu. Więcej zdjęć w menu po lewej.
|