| Dagestan 2009 |
|
Strona 9 z 23
8 dzień, piątek, 12.06.2009, Bujnaksk - Sogratl, 135km
O 6 rano budzi nas komendant i zbieramy się do wyjazdu. Mocuję kamerę na kufrze z nadzieją, że wyjdą jakieś filmy z jazdy. Przejeżdżając przez wioskę, w której wczoraj robiliśmy zakupy zdarza się małe bum. Ron, który jechał przede mną przyuważył sznurek przez środek drogi i na jednym końcu drzewo a na drugim krowę. Sznurek już się ponoć unosił, więc dał po hamulcach, a że jechaliśmy dość wolno, to stanął prawie w miejscu. Ja zaaferowany trochę kamerą, trochę widokami po bokach za późno się zorientowałem i przydzwoniłem w Rona z tyłu i się wyglebiłem na lewą stronę. Straty to potrzaskana tylna lampa i błotnik Rona, u mnie skrzywiona na półkach kiera, połamana przy mocowaniu szyba i kierunkowskaz. Naprawy za pomocą taśmy klejącej typu "MacGyver" poszły gładko, niestety mnie zaczyna nieźle napierniczać i puchnąć prawy nadgarstek, no ale trzeba jechać dalej.
Pierwszy cel na dzisiaj to Gunib i resztki twierdzy na szczycie góry. Po drodze oczywiście fotki i mijamy zaporę na rzece z elektrownią wodną. Na szczęście pilnujący jej mundurowi nie zdążają wybiec na czas ze swojej kanciapy i jedna z kontroli nam się upiekła :) Gunib położony jest na zboczach jednego ze szczytów i pniemy się przez miasteczko serpentynami. Docieramy do centralnego placu/rynku na środku którego zorganizowano boisko piłkarskie na którym w niesamowitym upale i kurzu kopią piłkę dzieciaki. Zatrzymujemy się przy sklepie by kupić wodę i oczywiście wzbudzamy sporą sensację i zbiegowisko. Szybko pytamy się o dalszą drogę do twierdzy i uciekamy gawiedzi. Kolejne serpentyny po miasteczku i pod koniec wbijamy się w polną drogę. Na jednej z agrafek na szutrze nie daję rady utrzymać motocykla bolącą łapą i następuje mała gleba. Nic się nie stało, ale sam nie dam rady dźwignąć GSa. Skwar niesamowity, pot się leje i razem z Ronem jakoś podnosimy bydlę.
Idziemy wzdłuż starego muru, miejscami trzeba się do niego przyklejać, bo łatwo o upadek w dół. Zdyszani docieramy na szczyt. Widok super, siadamy sobie na trawce pod murem z nogami dyndającymi nad przepaścią. Fotki, papieros, woda do popicia, szkoda tylko, że piwka nie można :) W pewnej chwili atmosferę podkręcają muezzini z meczetów zaczynający swoim śpiewem wzywać do modlitwy. Ze szczytu słuchamy trzech na raz z trzech różnych stron z wiosek na dole - niesamowite.
Schodzimy na dół i wracamy na ryneczek Gunibu. Tutaj mały postój w cieniu, muszę poprawić kierę w GSie, bo jeszcze trochę krzywo dokręcona. Zbiera się spory tłum i wiecznie te same pytania ile kosztuje, jak szybko jedzie, jaka pojemność, ile pali, itp. Gdy już mamy zamiar się zbierać, pojawia się młody facet w czarnym BMW i zaprasza nas na herbatę i obiad. Nie odmawiamy. Zajeżdżamy pod jego dom, a tam już czeka na nas jego znajomy w koszulce z napisem POLSKA :) Dostajemy herbatę i jajecznicę z pomidorami i gawędzimy z gospodarzami. Człowiek w koszulce z Polską pracuje w telewizji i jest nieźle obtrzaskany w historii, Buzar ma z kim pogadać. Oglądamy też fotografie i kolekcję zabytkowej broni białej. Facet z BMW, to syn przyjaciela pilota Burana, rosyjskiego wahadłowca, który tylko raz poleciał w kosmos. Lata na paralotniach. Widać, że biedni nie są, dom wygląda na w miarę nowy, w jednym z pokoi widać nawet gołą skałę, w którą został wkuty. Jednak sporo rzeczy jest niedokończonych i to nie od dzisiaj. Z zewnątrz wszystko piękne, w środku jak tuż po wprowdzce.
Nasi gospodarze wybierają się na grilla pod twierdzę i zapraszają nas, ale rezygnujemy, bo już tam byliśmy. Wobec tego polecają nam byśmy pojechali do Sogratl, bo ma się tam odbyć jakiś festiwal. Żegnamy się, grupowe fotki na pożegnanie i ruszamy dalej. W drodze do Sogratl dogania nas Samara z dwoma znajomymi naszych gospodarzy i prowadzą nas do Sogratl. Na miejscu zatrzymujemy się na końcu drogi na małym ryneczku pod meczetem. Po drodze mijaliśmy wielki dom, wybudowany w ostatnich latach z lądowiskiem dla helikopterów. Nie do końca zrozumiałem, ale właścicielem jest albo firma energetyczna, albo właściciel firmy który budował elektrownię wodną.
Widoki z miasteczka i w miasteczku klimatyczne, zjeżdża się coraz więcej samochodów, a my nie wiemy o co chodzi z tym festiwalem. W sumie chcemy się zbierać w dalszą drogę, ale przyjezdni mówią coś o meczach w siatkówkę, zapewniają że znajdzie się miejsce do spania i przekonują nas do zostania, musimy tylko poczekać, aż przyjedzie gospodarz u którego będziemy spać. Okazuje się, że będziemy nocować w domu rodzinnym trenera siatkówki wraz z drużyną Kaskad, która rok i dwa lata temu była mistrzem Dagestanu.
Pojawia się nasz gospodarz, ale ponieważ nie da się przejechać motocyklami uliczką, którą wszyscy idą pieszo, biorę jednego z drużyny Kaskad na motocykl i jedziemy inną drogą. Pierwszy skręt z asfaltu w szutrową drogę (180 stopni w dół) i gleba przy małej prędkości :) Podnosimy się i jedziemy dalej. Przed nami błoto i koleiny - kolejna gleba, motocykl prawie, że spadł mi poziom niżej, jakieś 4 metry, było ciepło :) W tym samym błocie glebę zalicza jeszcze Buzar. Ron, ponieważ jedzie trzeci i jest w posiadaniu niewidzialnych gmoli firmy Holan, przejeżdża bez przygód :) Pod (a właściwie nad) dom docieramy już bez dalszych wywrotek. Przebieramy się na tarasie w cywilne ciuchy i idziemy na małą przechadzkę po górach. Po powrocie czeka już na nas obiad - chleb, śmietana, ciudu (coś w rodzaju naleśników z białym serem, nie na słodko) i barszcz, przy czym barszcz wygląda i smakuje jak nasza jarzynowa :) Po jedzeniu idziemy pooglądać eliminacje do mistrzostw Dagestanu w siatkówce, które odbywają się w hali sportowej wybudowanej obok szkoły.
Jak się okazuje, cały ten festiwal, to dni Sogratl zorganizowane po raz pierwszy. Z tej okazji zostały zorganizowane właśnie mistrzostwa (przyjechało 8 drużyn, miało być 10) i mają przyjechać bohaterowie Rosji (gieroje Rossiji) pochodzący właśnie z Sogratl. Ci bohaterowie, to pilot oblatywacz radzieckiego wahadłowca Buran - Magomed Tolbojew i jego brat, który także był oblatywaczem i projektantem. Razem z nimi przyjechał ich przyjaciel Gassan, którego poznaliśmy później.
Do spania dostaliśmy osobny pokój, z którego eksmitowano tymczasowo wnuka naszego gospodarza. Wszystko po to, by goście byli zadowoleni. Nie myliśmy się od ostatniego noclegu przed Dagestanem (wcześniej pod namiotami też nie było gdzie), a i tutaj nie zapowiadało się inaczej. Był co prawda wychodek (budka przyklejona z tyłu kuchni z dziurą w podłodze, to co przez nią wpadało spływało do niższych części miasteczka) i umywalka przed domem z kranem przymocowanym do beczki z deszczówką, ale nic po za tym. Dobrze, że mieliśmy zapasy srajtaśmy, bo muzułmanie jej nie stosują, tylko w każdym kibelku jest konewka z wodą :) Nie zauważyliśmy jakiegoś miejsca na kąpiel i doszliśmy do wniosku, że miejscowym wystarcza higiena w kibelku z konewki oraz mycie głowy, nóg i rąk przed każdą modlitwą. No chyba, że jak już tragedia, to myją się gdzieś na uboczu w jakiejś miednicy. O kobietach to zero pojęcia, bo nawet nie widzieliśmy, żeby wchodziły do wychodka. Tak więc druga już noc bez prysznica.
|
Komentarze
Przeczytalem artykul w dwa wieczory. Wciagnelo mnie i czulem sie jakbym tam z wami byl.
Dziekuje i pozdrawiam.
Michal
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.