Rano obudziła nas babcia i kazała się wynosić do 9.00, bo ponoć nowi goście mają przyjść. Nawet motocykli na podwórku nie pozwoliła zostawić, żebyśmy mogli w zwykłych ciuchach zwiedzić zamek. Zołza jedna, później ją widzieliśmy w tym samym miejscu jak polowała na nowych klientów, by ją pokręciło. W pół godziny obskakujemy zamek, a potem jemy śniadanie w jadłodajni tuż obok. Najedzeni zbieramy się w dalszą drogę. W Pierwomajsku tyłek ratuje nam Ron, bo się nam popieprzył Pierwomajsk z Melitopolem, gdzie popsuł się Triumph Buzara. Na szczęście Ron rozpoznał rondo i doprowadził nas do hotelu gdzie nocowaliśmy poprzednio. Oczywiście odwiedziliśmy też całodobowy supersam, gdzie zaopatrzyliśmy się w piwko. I z tym wiąże się kolejna historia. Gdy już zasiedliśmy sobie z zimnym piwkiem w pokoju, Ron odkrył rzecz straszliwą - jego i moje piwa są bezalkoholowe. Tylko Buzar miał dobre, bo inne :) Ale prawdziwy motocyklista poradzi sobie w każdej sytuacji. Skoczyliśmy do Buzara motocykla po ćwiartkę Żytniej, którą miał zmelinowaną i doprawiliśmy nią piwa :)
Bardzo fajna wycieczka. Troche niebezpieczna ale doznania napewno niesamowite. Przeczytalem artykul w dwa wieczory. Wciagnelo mnie i czulem sie jakbym tam z wami byl. Dziekuje i pozdrawiam. Michal
Komentarze
Przeczytalem artykul w dwa wieczory. Wciagnelo mnie i czulem sie jakbym tam z wami byl.
Dziekuje i pozdrawiam.
Michal
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.