| Dagestan 2009 |
|
Strona 15 z 23
14 dzień, czwartek, 18.06.2009, Tyrnyauz - Psebaj, 488km
Rano zbieramy się i atakujemy Elbrus. W nocy nieźle lało, drogi mokre i też coś tam leci z nieba. Jednak przed celem jest już sucho i nie pada. Dojeżdżamy do stacji kolejek linowych i kupujemy bilety na przejazd - 600 rubli od osoby. Ponieważ wyciągi czekają, w jednej z knajpek jemy późne śniadanie.
N górę jedzie się dwoma kolejkami. Pierwsza jest nowa, widać niedawno wybudowana, wagoniki nowoczesne, kilkuosobowe. Mamy niezły ubaw, bo z nami nikt nie chce wsiąść - nie wiem dlaczego, tak już śmierdzimy? :) Po drodze obserwujemy z góry Kraza, który wspina się po nartostradzie i okoliczne góry. Drugi etap to już stara kolejka, tylko dwa wagoniki, chyba na 20 osób. Pakujemy się z resztą turystów i jedziemy na górną stację. Tam wita nas śnieg i niska temperatura, ale nie ma tragedii, bo chyba jest na plusie. Niestety z widoków nici, bo jesteśmy w samym środku chmur. Robimy wywiad ze szczytu Elbrusa, parę fotek i zjeżdżamy na dół. Przed odjazdem kolejki śmieszne zdarzenie. Do wagonika wchodzi jakiś typek i chce bilety do kontroli i tylko od nas. Najpierw dyskutujemy kim on jest, że nas kontroluje, bo nie ma żadnego identyfikatora, w końcu pokazujemy bilety. W czasie jazdy dochodzimy do wniosku, że zmyliły go nasze motocyklowe ciuchy i pewnie myślał, że to jakieś do wspinaczki i że weszliśmy pieszo na górę, a na dół chcemy na gapę :))) Ron przypuszcza, że pewnie najbardziej myląca była jego specjalistyczna, alpejska czapeczka :)
Na dole spotykamy dwóch Polaków, którzy usiłowali wejść na szczyt. Niestety ze względu na złe warunki pogodowe nie udało im się, zabrakło 300m. Siedzieli 5 dni pod szczytem, w ostatni próbowali wejść, ale było tak mglisto i biało, że zaczęli mieć halucynacje i zrezygnowali. Pogadaliśmy z nimi trochę i ruszyliśmy dalej.
Po drodze pogoda w miarę ok, ale czym bardziej oddalaliśmy się od gór, tym gorzej, aż w końcu zaczęło padać. Kierowaliśmy się na Psebaj, ponieważ z powrotem chcieliśmy wracać przez Krym. Z pogodą coraz gorzej, leje coraz mocniej, a ja durny nie wyciągam przeciwdeszczówki, bo za każdym wzgórzem mam nadzieję, że przestanie padać :) W końcu jestem tak przemoczony, że zakładanie kondona nie ma sensu. Zatrzymujemy się na tankowanie, w barze na kawie nawet nie siadam, bo leje się woda ze mnie jak z kranu i szkoda knajpianych mebelków. Przejeżdżamy znowu przez Kaukaz, tą samą drogą co w przeciwnym kierunku. Na 2000m nie dość, że leje, to jeszcze nieźle zimno, jest coraz nieprzyjemniej, ale zaciskamy zęby i lecimy dalej.
Docieramy kompletnie przemoknięci do Psebaju do znanej nam turbazy. Tam masa dzieciaków i rowerów - odbywa się jakieś zgrupowanie kolarzy górskich. Baliśmy się, że nie będzie miejsca, ale spoko, w cenie jak poprzednio (300 rubli od osoby) dostaliśmy 3 pokojowy apartament z lodówką, tv i łazienką :) Ciekawe czy wcześniej z nas zdarli, czy teraz ktoś się pomylił :) Buzar załatwia formalności, Ron ze mną idzie do sklepiku po coś do jedzenia i oczywiście piwo :) Rozkładamy się z przemoczonymi ciuchami i korzystamy szczęśliwi z prysznica, bo znowu przez 3 dni (od Machaczkały) się nie kąpaliśmy.
|
Komentarze
Przeczytalem artykul w dwa wieczory. Wciagnelo mnie i czulem sie jakbym tam z wami byl.
Dziekuje i pozdrawiam.
Michal
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.