| Dagestan 2009 |
|
Strona 12 z 23
11 dzień, poniedziałek, 15.06.2009, Kubaczi - Achty, 235km
Rano skoro świt o 6 gospodarz wyrzuca nas z łóżek, dzwoni po wczoraj poznanych chłopaków (też ich z łóżek wyrywa) i jedziemy zwiedzać opuszczoną wioskę. Podjeżdżamy Ładą na górę miasta i tam już pieszo zboczami gór wędrujemy dalej. W sumie dobrze, że tak wcześnie, bo było przyjemnie chłodno. Widoki przepiękne, mijamy źródło wody - bardzo się przydaje, stare cmentarze, z góry możemy podziwiać uprawne poletka. Idziemy starą drogą, która była kiedyś wyłożona kamieniem, teraz pozostały tylko resztki. Docieramy do opuszczonej wioski, w której mieszka teraz tylko jedna rodzina. Wioska nazywa się Amuzgi i została założona przez bandytów wypędzonych z dawnego Kubaczi. Zajmowano się tam wyrobem broni białej.
Wracamy do domu, przebieramy się w ciuchy motocyklowe (teraz już można w korytarzu, żony nie ma w domu :) ) i podjeżdżamy do muzeum, które znajduje się w fabryce srebra. Nasz księgowy zwraca nam uwagę na jednego z kręcących się tam ludzi i mówi, że to pracownik FSB (byłe KGB) i żebyśmy uważali na niego. Później rzeczywiście się przekonaliśmy, że był z FSB. Po muzeum oprowadza nas starsza pani, opowiada o wyrobach i pracy w fabryce. Najlepsze jest to, że gdy pytamy się o jakieś szczegóły z wyrobów, to ona prosi byśmy sobie wyciągnęli z gabloty i obejrzeli z bliska. Fajne muzeum :) Nabieramy szacunku do pracy, gdy pytamy się ile czasu wykonuje się taki np. zdobiony srebrny talerz. Około roku - pada odpowiedź. Po zwiedzaniu kupujemy u pani suweniry w postaci srebrnych bransoletek dla naszych pań, które zostały w Polsce.
Żegnamy się z Kubaczi i jedziemy ponownie na wybrzeże. W planach twierdza w Derbencie i nocleg w tym mieście. Ponownie pokonujemy szutrówkę z serpentynami i na rogatkach Urkarah drogę zajeżdża nam jakaś Łada, która wcześniej czekała na uboczu, ze środka wyskakują mundurowi z długą bronią i nas zatrzymują. Przeglądają pobieżnie dokumenty i każą jechać za sobą na komisariat. Okazuje się, że to FSB - widocznie gostek z Kubaczi nadał sprawę do mundurowych. Na komisariacie kserują wszystkie dokumenty, pytają się o meldunek. Przydała się pieczęć z turbazy w Psebaju. Przesłuchujący nas funkcjonariusz nie ma pewności, czy pieczątka wystarczy, więc dzwoni gdzieś, ale z rozmowy wynika, że wsio ok. Potem wpada jakiś inny facet, starszy, po cywilnemu i zaczynają się pytania: czy wizy mamy, gdzie spaliśmy, u kogo, o czym rozmawialiśmy, po co przyjechaliśmy, czy mamy plan podróży (marszrutę) - no masakra jakaś. My na wszystko, że nie wiemy, o niczym, my tylko turyści, co to marszruta :) W końcu przyczepił się do naszego meldunku, że nie mamy żadnego papieru na to, ale tu zgasił go młody, że dzwonił i wszystko ok :) W końcu nas puścili.
Zjeżdżamy na wybrzeże i lecimy w kierunku Derbentu. Przejeżdżamy jakiś tunel i kilkadziesiąt kilometrów dalej kolejna kontrola. Pytają się między innymi gdzie jedziemy. My na to, że do Derbentu, ale okazało się, że minęliśmy go 30km wcześniej :) Fakt, widziałem kawałek jakiś murów, ale nie sądziłem, że to to :) Decydujemy się więc jechać dalej, do Achty.
Kolejny posterunek i kolejna kontrola, gdy z wybrzeża skręcamy w stronę gór. Nad górami widzimy chmury, zaczyna lekko padać. Śmigamy po drodze, jadę pierwszy i naraz widzę, że coś nie halo na asfalcie. To ze zbocza na asfalt spłynęła glina, która cienką warstwą pokryła drogę - lodowisko. Lekko hamuję, koło ucieka, więc tylko sprzęgło, by nie hamować silnikiem i zwalniam swobodnie. Było ciepło, a potem jazda po tym czymś kilkaset metrów - karamba. Mijamy most na rzece (droga biegnie wzdłuż rzeki pomiędzy dwoma łańcuchami górskimi) i za mostem stoimy. Po deszczu na zboczu powstał dość spory strumień wody i naniósł sporo piasku i kamieni wymieszanych z gliną. Po drodze śmiga traktor z pługiem i próbuje oczyścić jako taki przejazd. Praca syzyfowa, po woda nanosi cały czas nowe partie syfu. Zniecierpliwiona furgonetka podejmuje próbę przejazdu, która kończy się utknięciem. Odczekujemy jeszcze i Ron podejmuje próbę. Ledwo wjechał w błoto i utknął. Pomagam mu wyszarpać motocykl. Nie jest głęboko, ale ten żwir z gliną tworzą razem coś w rodzaju świeżego betonu, który łapie koła i nogi jak to beton :) Czekamy aż traktorowi uda się choć na chwilę oczyścić drogę i w końcu przemykamy się jakoś.
Przed Achty kolejny posterunek, podobno już ostatni na tej drodze. Sprawdzają nas szczegółowo, bo blisko do granicy z Azerbejdżanem. Nie mogą się w ogóle nadziwić, że tu chcieliśmy przyjechać. Zatrzymują jakąś kolejną Ładę i gówniarzom w środku karzą nas zaprowadzić na komisariat w Achty, bo tam też mamy się zameldować, że przyjechaliśmy. Na posterunku wystraszeni gliniarze są w szoku, że tu przyjechaliśmy. Mówią nam byśmy stąd uciekali, bo niebezpiecznie, strzelają, napadają i w ogóle. Komisariat rzeczywiście zabarykadowany, wszyscy z długą bronią w pogotowiu i oczami latającymi dookoła. Stwierdzamy, że chyba tylko oni (w sensie milicja, wojsko) mają się czego bać, bo reszta ludzi na takich nie wygląda. Po sprawdzeniu dokumentów wypytujemy się o jakieś miejsce do spania. Jeden z tubylców mówi nam, żebyśmy pojechali 5km dalej do Kurykał, tam ponoć jest gdzie spać i są ruskie banie z wodą z gorących źródeł. Dojeżdżamy na miejsce - jest na końcu drogi jakiś stary pokomunistyczny ośrodek. Załatwiamy spanie w starym budynku ośrodka - 4 łóżka i nic więcej, ale cena 80 rubli za wszystkich. Rozpakowujemy się i zamawiamy banię za 50 rubli za godzinę. Mamy trochę czasu, aż się zwolni miejsce, więc idziemy na poszukiwanie jakiejś knajpki. Knajpka zamknięta, więc zasiadamy przy piwku pod jakimś namiotem, gdzie obsługuje nieźle nawalony Dagestańczyk.
Po piwku idziemy do bani. Bania to budyneczek z przedsionkiem i mini łaźnią z dwoma basenikami. Wszystko stare, zaniedbane i z grzybami na ścianach, w dodatku nieźle zapodaje charakterystyczny zapach wody z gorących źródeł. Do baseników nie dajemy rady wejść, woda ma 50 stopni, ale daje się w niej tylko zanurzyć nogę na kilka sekund - nie wiem jak tam oni włażą cali do niej. Myjemy się (pierwszy raz od 5 dni) i tylko polewamy się tym ukropem za pomocą zastanej miski. Po bani wybieramy się do sklepu po piwo, jakieś pieczywo i zagryzamy tym kabanosy dowiezione z Polski na ławce przed wejściem do naszej noclegowni.
|
Komentarze
Przeczytalem artykul w dwa wieczory. Wciagnelo mnie i czulem sie jakbym tam z wami byl.
Dziekuje i pozdrawiam.
Michal
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.