Pomysł narodził się już w październiku 2003 roku. Wstępnie miał to być wyjazd do Armenii, nie było mowy o okrążaniu Morza Czarnego, ale ku mojemu zadowoleniu wypadki potoczyły się inaczej :-) o czym dalej.
W wyprawie udział wzięli:
Monika z buzarem na Hondzie Africa Twin
Gosia z Wojtkiem na BMW R1150GS
Szybowiec na Hondzie Africa Twin
Ewa ze mną na Suzuki Bandit 1200
Buzar już ma za sobą parę wycieczek (nie tylko motocyklowych) do "dzikich" krajów. Zdjęcia i relacje z tych wypraw, a także i z tej, można obejrzeć na jego stronie . Szybowiec dołączył do naszego grona w zeszłym roku i wraz ze swoją dziewczyną Lilką (która niestety nie jechała z nami) także podróżuje motocyklem po wschodnich rejonach naszego kontynentu.
Wojtek jeździ po świecie na motocyklu od dawna. Wszystkie republiki byłego ZSRR to zna chyba jak własną kieszeń. W przyszłym roku planuje objechać na motocyklu świat. Tylko pozazdrościć.
My z Ewą jeździmy gdzie się da już od 3 prawie lat, w zeszłym roku wybraliśmy się z Buzarem, Wojtkiem i jeszcze paroma znajomymi do Petersburaga (ale był hardcore, jak te głupki pojechaliśmy pod koniec kwietnia i zimno było jak diabli, relacja na stronie buzara ) no i spodobało się nam.
Pierwotny plan był taki, że śmigamy do Odessy, stamtąd łapiemy prom do Poti w Gruzji i z Gruzji do Armenii. W Armenii mamy tydzień na zwiedzanie i wracamy z powrotem przez Gruzję, Turcję (Armenia ma zamkniętą granicę z Turcją), Bułgarię, Rumunię, Węgry, Słowację, Czechy do Polski.
Z wiz potrzebowaliśmy tylko wizy do Armenii i Gruzji. Załatwienia tego podjął się buzar, z tej racji, że często bywa w Warszawie i ma tam znajomych. Okazało się, że by dostać Gruzińskie wizy tranzytowe, najpierw musimy mieć Armeńską, gdy udało się załatwić Armeńską i zaczęliśmy załatwiać Gruzińską, to okazało się, że konsul wyjechał i przed wyjazdem nie będzie miał nam kto podbić tej wizy. Jednak zapewniono nas, że spokojnie wjedziemy do Gruzji i na granicy w tej samej cenie (98 zł za 2 osoby) załatwimy wizy. My naiwni łyknęliśmy to gładko. Zresztą i tak nic by nas nie powstrzymało od wyjazdu :-)
Na stronie wykorzystałem parę fotek Moniki, buzara i Szybowca, są one odpowiednio oznaczone w prawym, dolnym rogu.
Dzień 1 (16 lipca 2004, piątek)
Piwko przy ognisku
Wreszcie wyjeżdżamy. Pierwszy nocleg i w ogóle punkt spotkania całej ekipy, to wioska Bandrów w Bieszczadach, kilkanaście kilometrów od przejścia granicznego, polsko-ukraińskiego, w Krościenku. Wyjeżdżamy coś około 12.00. Droga ok, większa część autostradą Wrocław-Katowice-Kraków. Za Krakowem ogromne korki, ale my na motocyklach , więc nie było problemu. Wieczorem spotkanie przy grillu i piwku.
Dzień 2 (17 lipca 2004, sobota)
Rano się zbieramy i wyjeżdżamy do Krościenka. W pierwszy dzień cwaniaczki na endurakach (czyli reszta ekipy poza mną) postanowili pojechać do Krościenka jakimiś zadupiami. Droga jakaś polna, dziurawa ale Bandzior dał radę i nie było okazji do przycinków, Wojtek tylko wyraził swoje obawy co do tego, czy Bandit przeżyje "kultowe" drogi na ukrainie.
Docieramy do przejścia, a tu zonk. Panowie pogranicznicy informują nas, że jest to przejście tylko dla samochodów osobowych i motocyklami nie można. My na to, że to chyba jakaś pomyłka, na mapie jest to przejście graniczne dla zmotoryzowanych i nigdzie w przepisach nie ma, że jak samochodowe to motocykle nie. Zrobiła się awantura na całego. Zaczepiliśmy nawet policję, która przejeżdżała obok. Przepychanki z naczelnikiem trwały dobre 3h, w międzyczasie mieliśmy okazję oglądać jak to wręcza się łapówki, a od czekających ukraińców nasłuchaliśmy się jak działa to, jak mówili - prywatne, przejście. Wreszcie wśród oklasków reszty oczekujących przejechaliśmy na ukraińską stronę.
Ukraińcy nie robili nam żadnych problemów, musieliśmy jedynie wypełnić z tysiąc papierków dla każdego, jakieś deklaracje, jakieś wnioski o karty imigracyjne, później same karty imigracyjne, biurokracja na całego. Trochę sobie celnicy pożartowali i po kolejnej godzinie ruszyliśmy dalej. Potem mieliśmy jeszcze wspominać to przejście :-) Następny nocleg mieliśmy zaplanowany w Kamieńcu Podolskim, ale przez opóźnienie na granicy zdecydowaliśmy się pojechać do Jazłowca, gdzie w klasztorze polskich sióstr Niepokalanek mamy pewny nocleg. Przez całą drogę do Jazłowca goni nas chmura deszczowa, ale tylko raz zdążyła nas zmoczyć. Po dotarciu na miejsce logujemy się w pokoju i oblewamy urodziny Szybowca, które wypadły akurat w ten dzień.
Dzień 3 (18 lipca 2004, niedziela)
Przed wyjazdem zwiedzamy klasztor i Jazłowiec wraz z okolicami. Obok klasztoru znajduje się kaplica, w której chowa się zasłużone siostry. Kiedyś była ona zasypana całkowicie ziemią, by zaraz po wojnie władze komunistyczne jej nie wyburzyły. Potem ją odkopano i dzisiaj można podziwiać ją w całej okazałości. Na zamek tuż obok klasztoru niestety nie udało się nam wejść.
Potem odwiedziliśmy jeszcze ruiny starego kościółka, z którego wieży rozciągał się widok na całą miejscowość i stary cmentarz na obrzeżach Jazłowca. Pięknie zarośnięty, ze starymi mogiłami oświetlonymi przedpołudniowym słońcem, kryje po środku mroczną kaplicę, z rozszabrowanymi trumnami i porozrzucanymi szczątkami ludzi. Nikt tam chyba już nie zagląda (po za ciekawskimi jak my) i pootwierane trumny leżą tak od bardzo dawna.
Wyruszamy dalej, do Kamieńca Podolskiego. Drogi średniej jakości, ale nie jest źle. Zastanawia mnie jedynie sposób ich naprawy: najpierw wylewana jest smoła, czy też coś takiego i na to wysypywany jest drobny żwir. Resztę załatwiają jeżdżące samochody. No i motocykle, niestety :-) Kamyki spod kół fruwają wszędzie.
Docieramy do Kamieńca. Chcąc nadrobić 20km drogi do zamku, jedziemy na skróty, chodnikiem odgrodzonym barierką od drogi. Wojtek przejechał swobodnie, niestety jadący za nim Szybowiec utknął i musiał się cofnąć. My zresztą też, bo jechaliśmy za nim, ale potem daliśmy radę odpinając po jednym kufrze od moto. Szybowiec miał zamocowane na stałe :-)
Zamek bardzo ładny, było co zwiedzać, widoki z niego na cały Kamieniec. Kręciło się po nim sporo nowożeńców (sobota) i robili sobie zdjęcia. Mają fajny zwyczaj - gdy już odbębnili rundjkę po zamku, to stawali sobie w cieniu, kanapki, kielonki, wódeczka i piknik pod zamkiem :-)
Chcemy też odwiedzić polskiego księdza, u którego mieliśmy zaklepany nocleg, ale niestety nie zastajemy go, więc ruszamy dalej w kierunku Odessy, na prom, który ma odpływać we wtorek.
Po drodze w co drugiej wiosce, jeśli nie w każdej, wesele, czy też poprawiny. Próbujemy znaleźć jakąś restaurację, knajpę, cokolwiek, byle można by coś zjeść. Niestety rzadko coś takiego jest, a jak jest, to zamknięte. Ratują nas goście jednego z wesel (ciekawa sprawa z tymi weselami, co wesele, to wszyscy bawią się na zewnątrz, na ulicy, na skwerze, na ryneczku). Gdy stoimy w cieniu czekając na Buzara, który szuka knajpy, Ewę porywa jakaś babka i ciągnie na zaplecze budynku w którym jest wesele. Okazuje się, że załatwią nam jedzenie właśnie z tego wesela. Dostajemy super smaczne dania i z pełnymi bębnami ruszamy dalej.
Toczymy się dalej pod wieczór szukając jakiegoś noclegu. Trafia się nam motel w miejscowości Janpol. Warunki ok poza łazienkami, w których grzyby można zbierać, ale jest garaż na motocykle, więc zostajemy. Po szybkim myciu i kolacji spotykamy się w przymotelowej knajpie i sączymy piwko. Wzbudziliśmy zainteresowanie pracowników motelu i tak od słowa do słowa rozkręciła się impreza na całego. Przynieśli jakiś bimber, my wódkę kupiliśmy i dawaj, zaczęło się imprezowanie. Potem przenieśliśmy się do kuchni, jakieś frytki smażyliśmy, jakieś śpiewy (oczywiście "Hej sokoły" musiało być) i tak prawie do rana. Było bardzo wesoło i przyjemnie :-) Gorzej rano
Dzień 4 (19 lipca 2004, poniedziałek)
Uuuuu, poranek tego dnia był wyjątkowo ciężki. Najgorzej wyglądał Szybowiec, ja zaraz po nim. Wczoraj nad ranem doprawił nas jeszcze dziadek, który z nami imprezował. Uparł się o 3.00 nad ranem, że na koniec musimy jeszcze z nim flaszkę wypić. Tak więc Szybowiec wsiada na moto nieźle nadźgany jeszcze, ja trochę mniej. Ale dajemy radę. Co prawda potem Szybowiec brał zakręty kwadratowo, a potem chciał nakarmić zdechłego, potrąconego przez samochód psa ("No co, nie zauważyłem..."), ale poza tym było ok.
Po drodze na postoju dzwonimy do Odessy, by upewnić się czy nasz prom do Poti na pewno płynie. I zonk, pani twierdzi, że nie płynie :-( Dzwonimy do innej pani. Ta jest trochę lepiej zorientowana i twierdzi, że nie płynie, bo miał awarię i został w Poti. Będzie dopiero w piątek. No to klops, musielibyśmy 3 dni czekać w Odessie. Po naradzie decydujemy się jechać do Noworosyjska już w Rosji i tam będziemy łapać prom do Gruzji.
Nie możemy jechać cały czas lądem, bo po drodze jest zbuntowana republika Gruzińska - Abhazja i się tam strzelają. Jak się nie uda, to wrócimy na piątek do Odessy. Tak więc odbijamy w stronę Krymu, i przejścia granicznego ukraińsko-rosyjskiego w Kerczu.
Zasuwamy niewąsko, prawie bez przerw. Dupska już odpadają. Pod wieczór zatrzymujemy się w okolicach Cherson na parkingu dla TIR na kawę. Okazuje się, że jest tutaj niedawno wybudowany motel, a jesteśmy dosyć zmęczeni, więc decydujemy się na nocleg. Podczas ściągania bagaży okazuje się, że Buzarowi pękł stelaż od kufra. Jeszcze wieczorem prowizorycznie połapaliśmy to pasem no i jutro wiemy gdzie pierwszy postój - u jakiegoś mechanika. Wieczorem parę piwek, jakiś szaszłyk i spać
Dzień 5 (20 lipca 2004, wtorek)
Dzisiaj w planie dotarcie do Kercza i przekroczenie granicy ukraińsko-rosyjskiej. Ale najpierw naprawa Buzarowego stelaża. Kilkanaście kilometrów od noclegu dostrzegamy jakiś niby-warsztat. Wygląda to generalnie jakby kilkanaście ciężarówek się rozbiło na poboczu i tak powstał warsztat :-) Na szczęście mieli spawarkę, co prawda nie migomat, tylko zwykłą elektryczną, ale przecież nie będziemy wybrzydzać. Demontaż stelaża poszedł migiem i już po godzinie jechaliśmy dalej.
Wojtek zachwala nam jakieś zabytki czy cóś po drodze, ale niestety nie mamy czasu, by zbaczać z drogi. Przyjedziemy kiedy indziej :-) Obiad jemy w knajpie, w której w życiu bym się nie zatrzymał w Polsce. Jednak Wojtek, jako bywalec tych rejonów ma nosa do takich rzeczy i tym razem też się nie mylił. Knajpa z daleka wyglądała na opuszczony GSowski bar, a okazało się całkiem przyjemnie i smacznie. I co najważniejsze, kelnerka była kumata i wiedziała o co chodzi, że chcemy osobne rachunki. Nie wspominałem o tym, ale okazuje się, że na Ukrainie, w ogóle na wschodzie, w takich zwykłych knajpach zawsze nam przynoszono rachunek jeden na wszystkich i potem było wielkie zdziwienie, że my chcemy osobno. Zdziwienie i wielkie liczenie, co też i kto zamówił. Pół godziny z głowy.
No cóż, lecimy dalej. Po drodze pierwszy raz zbliżamy się do morza i widzimy wodę. Przejeżdżamy przez Feodozję, nad samym brzegiem, zaraz za jezdnią jest plaża i kupa ludzi. No trzeba się zatrzymać. Dziewczyny pościągały buty, podwinęły spodnie i moczyły się w wodzie. My w buciorach :-) Nieźle wyglądaliśmy w motocyklowych, czarnych ciuchach na plaży, gdzie wszyscy w kąpielówkach i bikini.
Przerwa trwała krótko, bo dzisiaj trzeba jeszcze przekroczyć granicę, lecimy dalej. Do Kercza dojeżdżamy coś około 17 z minutami, jeszcze tanie tankowanko na Ukrainie i śmigamy na przejście graniczne - promowe. Okazuje się, że prom kursuje co 2h i właśnie nam zwiał. Następny o 20.00. No to spokojnie wydajemy resztę hrywien, wypełniamy wszystkie papiery (chyba się nauczę na pamięć nr ramy i silnika), kupujemy bilety na prom i wcinamy barszcz.
Ruszamy do boju z pogranicznikami. Bilet jest? Jest. Kwitek na motocykle jest? Jest. Kwitek na pasażera jest? Jest. Deklaracje są? Są. Dlaczego tylko po jednej na osobę? Wypisać jeszcze po jednej (o w mordę). Są deklaracje. Dawać paszporty. Uuuuu, budiet problema. Dlaczego? Was tu nie ma. Jak nie ma, przecież stoimy, jesteśmy. Ale w/g pieczątki, to Was nie ma, będziecie za dwa miesiące. ????????
Szlag by to trafił. Okazało się, że ukraińscy pogranicznicy na przejściu w Krościenku datę na pieczątkach ustawili zamiast 17 lipca - 17 września. Nie pomaga tłumaczenie, że wszędzie indziej, na deklaracjach, kartach imigracyjnych jest dobra data. Trzeba dzwonić do Krościenka. No tak, nie odpuszczą okazji do łapówy. My dodatkowo w strachu, że jak zadzwonią do Krościenka, to nikt się nie przyzna, że wpuszczał motocyklistów, bo przecież tam nie mogą. Ale jaja.
Odstawiono nas gdzieś na bok i urzędas zniknął z paszportami. Przypłynął prom, z biura wyskoczył jakiś młody żołnierzyk w moro i oddaje nam paszporty, ale przyuważył go jakiś starszy i jak się nie wydarł, żeby nam z powrotem odebrał paszporty... No tak, teraz już byliśmy pewni, że chodzi o łapówę. Ale nic, byliśmy twardzi i bez mrugnięcia okiem rozkładamy kuchenkę, grzejemy herbatę, jedzonko robimy. Pełen luz. Ewa idzie do sklepu przy granicy kupić jakieś pieczywo. Nie ma kasy, ale na 2 bułki chyba starczy. Nawalony właściciel wciska jej cały portfel wypchany kasą, a później chce jeszcze oddać wszystko co ma w sklepie. Blondyny to mają dobrze :-)
Ledwo prom odpłynął (już drugi zwiał), to oddano nam paszporty. Co za szuje. Następny za 2h. Wreszcie jest, ale zanim się załadowaliśmy, minęła kolejna godzina. Na promie podchodzi do nas Wiktor, młody chłopaczek z Mołdawii, który handluje, jak twierdził, zbożem i cukrem z Polską. Mów, że też jeździ motocyklem, ale jest tylko pół-bikerem, bo wozi motocykl na przyczepce i służy mu do wyrywania lasek :-) Podróżuje leksusem z ochroną. Zamówił nam jedzenie i kawę od ukrainek handlujących na promie i poczęstował koniakiem mołdawskim. My sprezentowaliśmy mu jedną z koszulek przygotowanych na wyjazd.
Wreszcie po godzinie, czyli o 24.00 dopływamy do Kawkazu, miasta po Rosyjskiej stronie. Kazano nam zjechać na bok, bo z nami będzie dużo roboty i na końcu nas odprawią. Tak już będzie na każdej granicy :-( Mieliśmy pewne obawy co do wjazdu do Rosji, bo nie mieliśmy wiz, ale od maja obowiązują przepisy, że jeśli jedziemy tranzytem (dowotem na to może być wiza docelowego kraju lub bilet na jakiś środek transportu do niego), to nie potrzebujemy wiz. O dziwo pogranicznicy znali ten przepis i nas wpuścili bez problemu. Musieliśmy tylko wypełnić kolejne parę papierów. Zadowoleni ubieramy się, wsiadamy na motory i jedziemy dalej. I tu zonk, kolejna brama i dowiadujemy się, że tu kolejny etap przeprawy. Najpierw trzeba wykupić ubezpieczenie OC na motocykle. Idziemy do całodobowej agencji ubezpieczeniowej. Agencja to stara przyczepa kempingowa, w której 2 ruskie baby wypisują ubezpieczenia. Ubezpieczenie kosztuje 30$ w rublach. Nie mamy rubli - nie ma problemu, agencja to także kantor :-) Wypisanie papierów na 4 motocykle trwa kolejną godzinę.
Z ubezpieczeniami śmigamy z powrotem do budki. Tutaj kolejny milion papierów: deklaracje (w dwóch egzemplarzach), pismo, że w ciągu 30 dni wyjedziemy z Rosji, rosyjski dowód rejestracyjny na motocykle i jeszcze jakieś inne. Numery ramy silnika i paszportu znam już na pamięć.
Po półtorej godzinie wszystko załatwione. Ubieramy się, wsiadamy na moto, ruszamy... i kolejny zonk, brama dotychczas otwarta jest zamknięta. Wychodzi Rusek i mówi, że chce gadać ze "starsziną" grupy. Wysyłamy Wojtka. Po 5min. wraca i mówi, że trzeba zapłacić po 10E od osoby, inaczej nie wyjedziemy. No ładne kwiatki. Buzar się zagotował i poszedł do budy zrobić porządek :-) Zaczął się drzeć, że za co te 10E, żeby jakiś przepis na to pokazali i tak w ogóle to chce się widzieć z "kamandirem". No i obudził tymi swoimi wrzaskami "kamandira", który widząc, że nie pójdzie łatwo, odpuścił 10E, ale za to zarządził kontrolę bagażu.
No fajnie. Ściągamy wszystkie toboły i ruscy oglądają co my też tam przemycamy. Przeliczali kasę (dobrze, że już mieliśmy doświadczenie z deklaracjami :-) ), dziwili się co tyle kosmetyków (Co to jest? Szampon. A to? Też szampon. A po co dwa? Jeden dla mnie drugi dla dziewczyny. Eee???), co to jest ten spray do opon, aparaty fotograficzne sobie pooglądali i tak upłynęło kolejne 45min.
Wreszcie ruszamy, ubieramy się już chyba z 3 raz i jedziemy. O kuźwa, kolejna brama, ale luz, wytrzymamy. Na szczęście tu już nic nie chcieli, otwarli i pojechaliśmy dalej. Jest po 3.00 rano tutejszego czasu, po 8h walki z biurokratycznym potworem, wyrwaliśmy się. Szukamy noclegu. Po ciemku i o tej porze, to trochę lipa, ale udało się nam znaleźć jakiś kemping, gdzie za pół darmo pozwolono nam się rozbić namiotami, między drzewami. Trawa jest tak nierówna, że Wojtek postanowił rozłożyć namiot na betonie. Szybowiec, który nie miał namiotu, skorzystał z naszego tropiku, my spaliśmy w samej sypialni od namiotu. Jeszcze na koniec piwko i oczywiście jak zwykle musiał się przyplątać jakiś koleś, który oczywiście kiedyś jeździł na moto i ma rodzinę w Polsce :-)
To był dłuuuuuuugi dzień. Chyba najdłuższy podczas całej wyprawy.
Dzień 6 (21 lipca 2004, środa)
Rano ciężko się wstawało. Po paru godzinach snu wyglądaliśmy jak cienie, ale szybko się rozruszaliśmy. Kąpiel w drewnianej budce, z wodą z beczki (Ciekawy system grzania wody: nad budką jest duża 200 litrowa beczka pomalowana na czarno i do niej naj[pierw wpływa woda. Nagrzewa się i mamy znośnie ciepłą wodę do kompania :-) ) i znowu w trasę. Na celowniku Noworosyjsk. Docieramy około 12.00 i uderzamy od razu do portu. Okazuje się, że z Noworosyjska nie pływają promy do Gruzji. Z leksza podłamani zastanawiamy się co dalej, ale wybawił nas z kłopotów jakiś Rosjanin, czy też Litwin, który dobrze umiał po polsku i zadziałał jako przekaźnik pomiędzy babką z portu a nami. Dodzwoniliśmy się do Soczi i okazało się, że jest z tamtejszego portu prom do Poti, ale płynie dopiero w piątek. Po krótkiej naradzie, decydujemy się na taki plan. Tak więc mamy 1 dzień luzu.
Postanowiliśmy wyjechać z Noworosyjska i przejechać chociaż ze 100km w kierunku Soczi, by w piątek mieć jak najmniej do przejechania, żeby w miarę bezpiecznie zdążyć na prom o 17.00. Znajdujemy małą mieścinkę wypoczynkową - Dżanhot. Nocleg załatwiamy u pani, która całe obejście przerobiła na ośrodek wypoczynkowy. Gdzie się dało, to dobudowane były dodatkowe pokoje. Pani była bardzo uczynna, nawet wzięła od nas brudne ciuchy i wrzuciła do swojej pralki. Rano czekały czyste, pachnące i wyprasowane! Niezły numer był też z gniazdkami elektrycznymi. W pokoju nie było, to lataliśmy do mieszkania włąścicielki i tam podłączaliśmy telefony, czy też ładowarki do aparatów. Wreszcie pani się znudziło, weszła do naszego pokoju i wydarła dziurę w tapecie, pod którą jak się okazało było gniazdko :-)))))
Po rozlokowaniu się od razu wystartowaliśmy na plażę, po drodze oczywiście zakupiliśmy piwko (Baltika No.7 - b. dobre). Plaża kamienista, woda ciepła i generalnie miło było po wczorajszych przebojach wytaplać sie w wodzie. Rozwalił wszystkich Buzar, który z kufra wydobył maskę i rurkę do pływania. Płetw na szczęście nie miał :-) Później, po spróbowaniu jak to jest tak sobie ponurkować, wszyscy mu tego zazdrościli. Następnym razem też wezmę.
Po plaży kolacyjka w knajpie nad brzegiem morza i wczesnym wieczorem padliśmy jak kawki.
Dzień 7 (22 lipca 2004, czwartek)
Dzisiaj pierwszy z dwóch dni (jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, że z dwóch), kiedy nie siedzimy na motocyklach. Od rana na plażę, opalanie się, kąpiele, pływanie na kole za motorówką (drugi raz się nie dało, bo motorówka prawie zatonęła :-) ). Po południu złapała nas niezła burza, aż drogę podmywało. Na kolację przyrządziliśmy gotowane ziemniaki ze smażonym boczkiem i cebulą. Pychota! Wieczorem sesja foto na plaży, ale słońce nas zrobiło w konia i schowało się za chmury. Wieczorem koniaczek od Wiktora i spać. Jutro Soczi.
Dzień 8 (23 lipca 2004, piątek)
Rano skoro świt o 9.00 :-) ruszamy do Soczi. Prom wypływa o 17.00 mamy więc sporo zapasu. Zapasu, który się przydaje. W którymś mieście z kolei dostrzegam na drodze szkło z rozbitego reflektora. Szybki manewr ominięcia na nic się nie zdaje. Słyszę tylko syczenie, krótkie pytanko do Buzara - tak, masz lacia. Szajse! Zatrzymujemy się, okazuje się, że bokiem opony załapałem kawałek szkła, dziura, że hej. Szybowiec znalazł wulkanizatora 200m wcześniej (czyżby to jego sprawka? :-) ) i decyzja taka: Wojtek z Szybowcem lecą dalej załatwiać bilety na prom, Buzar zostaje ze mną i łatamy koło. U wulkanizatora trochę zmarudziliśmy, bo okazało się po załataniu właściwej dziury, że przepuszcza poprzednia łatka, która pewnie odeszła po jeździe na flaku. Zeszło prawie 2h, jeszcze szybki telefon do Marka do Motorlandu po instrukcje jak z powrotem zmontować koło (:-)) i gonimy Wojtka.
Droga pełna zakrętów, prawie w ogóle brak prostych, drzemy ile wlezie wymijając masę samochodów wleczących się jeden za drugim. To była ostra jazda, tak powinno być cały czas. W Soczi jesteśmy na ostatnią chwilę. Wypełniamy ponownie deklaracje i masę innych papierów i kupujemy bilety (40$ za osobę i 100$ za moto - się cenią).
Okazało się, że pośpiech był niepotrzebny. Najpierw stoimy 1h przed bramą (jest zła pogoda, na morzy sztorm i nie wiadomo czy prom wypłynie), potem 1,5h trwa jeszcze odprawa paszportowa. Oczywiście my na końcu. Gdy wreszcie mamy wchodzić do portu, naczelnik mówi, że nas nie wypuszczą, bo nie mamy wiz Gruzińskich. Nie pomaga tłumaczenie, że załatwimy na miejscu, pokazywanie pisma z konsulatu Gruzińskiego w Polsce, nie puszczą i koniec. Tłumaczą, że jak nas po drugiej stronie nie wpuszczą, to oni nas z powrotem też nie będą mogli wpuścić i zostaniemy między granicami :-)
Ratuje nas po raz kolejny jakaś przyjazna dusza, jest to ojciec chłopaka, który wraca ze studiów w Moskwie (Ładą, wypakowaną po brzegi) do Gruzji, mają znajomego w porcie w Poti, jakąś grubszą szychę. Dzwonią do Poti i po zapewnieniu przez tamtych, że nas wpuszczą, wreszcie nas odprawiają.
Wychodzimy na nadbrzeże i rozglądamy się za promem. Z Odessy w tej samej cenie miał być 2 dniowy rejs, w dwuosobowych kabinach z wyżywieniem. Tutaj jak zobaczyliśmy „prom", to szczęki nam pospadały. Jest to stateczek, taki sam jaki pływa z wycieczkami po Odrze we Wrocławiu. Jak my na to załadujemy 4 motocykle + Łada chłopaka??? Masakra.
Stateczek zacumowany jest tyłem do nabrzeża, obsługa przerzuca 2 drewniane trapy z burty na brzeg, po których ma wjechać samochód, a potem my motocyklami. Statkiem nieźle buja, trapy latają - jesteśmy, delikatnie mówiąc, zaniepokojeni. Po 30min. cudowania z trapami i stabilizowaniem za pomocą cum statku, Ładzie udało się wjechać na dolny pokład pasażerski, z którego usunięto ławki i fotele.
Teraz my. Trapy zsunęliśmy i wjeżdżamy po kolei. Każdy siada na moto, trzech pozostałych asekuruje. Jakimś cudem nikt nie wpadł do wody. Mocujemy motocykle linami i starymi oponami i wreszcie wypływamy.
Jest już wieczór, zrobiło się ciemno. Na pokładzie kupa ludzi, wszyscy przewożą jakieś pralki, lodówki, telewizory. Nawet komplet wypoczynkowy się znalazł. Śmierdzi spalinami i brudnym kiblem, który jest na dole. Wypijamy po paru piwkach i usiłujemy spać. Najgorzej czuje się Monika, którą dopadła choroba morska i co chwilę wymiotuje. Ja z Ewą walnąłem się na podłodze koło motocykli, ale Ewa niedługo tak wytrzymała, też ją wzięło i musiała spać na siedząco :-) Generalnie syf i malaria.
Filmy z tego dnia (Video Google)
Przygotowania do wjazdu na statek:
Pierwsza wjeżdża Łada:
I udało się, potem my:
Dzień 9 (24 lipca 2004, sobota)
Pobudka wczesnym rankiem, nie dało się zbyt długo spać. Dopływamy do Poti. Jeszcze tylko 2h oczekiwania na redzie (celnicy jeszcze nie przyszli do pracy) i dobijamy do brzegu. Ludziska tłoczą się przy wyjściu i tak mija kolejna godzina. Chłopak ze znajomościami coś tam zagadał z wojskowym i wołają nas, byśmy poszli z paszportami. Przepychamy się przez ludzi i idziemy do pogranicznika. I tu kolejny zonk. Nie mogą nam tutaj wystawić wiz tranzytowych, jedynie jednokrotną i to w cenie 80$ plus 5$ za wypisanie. To nas urządził konsul gruziński. No ale co zrobić, płacimy. Dobrze, że Buzar zabrał ze sobą zdjęcia które zostały z tych wiz w Polsce, bo potrzebne były do wniosków. Kolejna godzina wypisywania.
Z wizami lecimy do kolejnego biura. Tu lekkie zdziwko, facet za nas wypełnia papiery i jeszcze nic za to nie chce?! Są to znowu jakieś ichnie dowody rejestracyjne na nasze moto.
Jak już wszystko załatwiliśmy, to możemy zabrać się za rozładunek moto. I tu znowu zonk. Nabrzeże jest inne niż w Soczi i ni chuchu nie da się wyjechać za pomocą tych dwóch drewnianych trapów. Ale, obok stoi sobie zadowolony facio, a obok niego komplet metalowych trapów. Jedyne 10$ od moto. Buzar się wściekł i dzięki temu zbiliśmy cenę o połowę. Tym razem było trochę łatwiej niż w Soczi, a po za tym praktyka czyni mistrza :-)
Zastanawiamy się, co dalej, nie będzie nas stać na kolejne 85$ od osoby, jak będziemy wracać z Armenii przez Gruzję, a jak nie dojedziemy do Armenii, to dopiero będzie kich. Będziemy musieli przygotowane koszulki wywalić :-)Jest sobota, więc decydujemy przeczekać w Gruzji do poniedziałku i spróbować coś załatwić w urzędzie imigracyjnym.
Acha, w porcie stał prom z Odessy, okazało się, że wypłynął tylko z jednodniowym opóźnieniem i był tu dzień przed nami :-) Ech, te Ruski.
Ruszamy. W samym Poti wymieniamy na bazarze kasę i śmigamy w kierunku Tbilisi. Drogi są, że tak powiem, ciekawe. Niby wsio ok., ładny asfalcik, ciśniemy sobie 120, a tu naraz jak nie wyrośnie dziura na 30 cm głęboka, potem druga trzecia, jakieś dzikie akrobacje trzeba robić by ominąć, i znowu ok. To nas trochę powstrzymywało od rozpędzania się. W miastach były dodatkowe atrakcje. Studzienki kanalizacyjne bez pokryw. Potrafiły podnieść ciśnienie...
Zatrzymujemy się w górkach w jakimś lepszym motelu na obiad. Bardzo dobre jedzonko wyniosło nas wszystkich 30 larów, to ok. 12$ na 7miu. Taniocha. Przy okazji podziwiamy „górskie" krowy, które pasą się na stromych zboczach.
Lecimy dalej, rozglądając się po woli za noclegiem. Tak rozglądamy się, rozglądamy i w sumie już po ciemku dojeżdżamy do Tbilisi. Jazda w nocy w Gruzji dostarcza niezłych emocji. Znakomita większość jeździ bez świateł lub tylko z włączonym kierunkowskazem. Zdarzają się od czasu do czasu tacy, co zapalają wszystko co mają. Po przejeździe takiego, to już nic nie widać, nawet ty z jednym kierunkiem :-)
W Tbilisi udaje się nam znaleźć nocleg przy knajpie. Wygląda na burdel, bo mieszkanie w którym mamy nocować jest z tyłu knajpy, ma salon, 2 sypialnie i zero kuchni :-) Za to jest wielki garaż. Takich apartamencików jest tam więcej. Gdy stoimy przy drodze dogadując nocleg, zatrzymuje się jakiś gościu samochodem. Okazuje się, że jest to Levan, prezes tutejszego klubu motocykloweg. Oferuje swoją pomoc. Zapraszamy jego i jego kumpla Sojkę na wieczór do knajpy. Wieczorem piwkujemy, mały rajd nocą po knajpach w Tbilisi i umawiamy się na jutro, że nas oprowadzą po mieście.
Dzień 10 (25 lipca 2004, niedziela)
O 10.00 przyjeżdża Sojka, samochodem, bo swoją Africę rozwalił parę tygodni temu, i zabieramy się za zwiedzanie miasta. Szybowiec zabiera jako pasażera znajomą Sojki i śmigamy.
Tbilisi z bliska nie prezentuje się zbyt pięknie, samochody jeżdżą jak chcą, studzienki bez pokryw i inne niespodzianki. Za to zabytki i widok z otaczających wzgórz - rewelacja.
O 13.00 jesteśmy umówieni na coniedzielne spotkanie motocyklistów z Tbilisi, gdzieżby indziej, jak nie pod McDonald'sem. Potem całą ekipą wyruszamy za miasto.
Zwiedzamy jeszcze parę zabytków i zatrzymujemy się na lokalne jedzenie w przydrożnej „knajpie", którą jest generalnie stara buda, a je się na stołach w lesie. Mimo to, a może właśnie dla tego atmosfera jest super. Wcinamy gruzińskie potrawy, przygrywa nam lokalna kapela (4 gości z Łady :-) ) i bawimy się.
Skwar niesamowity, temperatura dochodzi do 35 stopni w cieniu. Wszyscy siię nas pytają, czy „nie żarka wam" w tych ubraniach motocyklowych? A po co tak się ubieracie? Powoli zaczynają nas tym denerwować :-) Pewnie, że żarka, ale w razie gleby, to kiepsko byśmy wyglądali w Gruzji poobdzierani i połamani.
Potem wracamy spowrotem zahaczając po drodze o starą stolicę Gruzji. Wieczorem balanga w knajpie, na której pojawia się Fin z Helsinek, który samotnie jedzie wokół Morza Czarnego wraz z dwoma Polkami. Świat jest mały: Fin to znajomy naszego kumpla Cendera, który pracował(je) w Finlandii, a 2 Polki są z Wrocławia. Pojechały sobie na wakacje do Gruzji pociągiem. Dzień był super, będziemy go długo wspominać.
Dzień 11 (26 lipca 2004, poniedziałek)
Rano Sojka eskortuje nas do urzędu imigracyjnego i służy nam za tłumacza. Nie udaje się nic załatwić, więc zabiera do samochodu Wojtka i Szybowca i jadą do polskiej ambasady. Wracają po dwóch godzinach z dobrą wiadomością. Dostali pismo (wysłane także faksem do Erewania, do ambasady Gruzińskiej), które pozwoli nam w Armenii załatwić Gruzińskie wizy tranzytowe po normalnej cenie, 10$ od łebka. Wielkie dzięki dla Sojki za pomoc.
Cali szczęśliwi ruszamy w stronę granicy. Dojazd, w większości ok., tylko sama końcówka, jakieś 10km po kamieniach, bo akurat robią nową drogę.
Sama granica to po stronie gruzińskiej 2 baraki i pasąca się koza :-) Szybko nas odprawiają, Buzar zostaje zobowiązany poprzez wpłacenie przez gruzińskiego pogranicznika 30$ do wysłania mu żółwia na plecy (uparł się, że mu to pomoże na bolący kręgosłup) i spodni motocyklowych (po cholerę mu?).
Armeńska strona to już inna sprawa. Celnicy i wojskowi upprzejmi, klimatyzacja w pomieszczeniach, wszystko sprawnie, ale też trochę papierów do wypełnienia. Jest tylko mały zgrzyt na samym końcu. Urzędnik od deklaracji (a jakże), który był ostatnim etapem poszedł sobioe na obiad i będzie za 2h. No to my też sobie poszliśmy na obiad :-)
Zajadając obiadek obserwujemy, jak granicę przekraczają stare Wołgi wyładowane wewnątrz, na bagażniku i na dachu workami z ziemniakami. Potem pytamy się urzędasa ile tak potrafią przewieźć, okazuje się, że całkiem sporo 1,5-2 tony!
Lecimy dalej. Drogi w Armenii lepsze niż w Polsce. Diaspora zafundowała im ostatnio remont głównych tras i jest świeży asfalt. Mijamy po drodze ekipę malującą pasy rozdzielające jezdnie. Robią to przykładając szablon i malując pędzlami. Szok. Powodzenia chłopaki, może za 5 lat domalujecie do Erewania!!! :-)
Po drodze mijamy sporo opuszczonych i zniszczonych przez wojny wiosek. Sporo także rozpoczętych, ale opuszczonych sporych budów, z zardzerwiałymi dźwigami i rusztowaniami. Spore wrażenie zrobiło na mnie ogromne diabelskie koło w malutkiej mieścinie, zardzerwiałe i nieruchome. Scheda po ZSRR. Ludzie nastawieni bardzo przyjaźnie, ręka boli od odmachiwania :-)
Łapie nas burza, zatrzymujemy się przy budce. Urzęduje tam babcia z dwoma starszymi facetami. Częstują nas kawą, jakimiś plackami z mięsem, przyrządzanymi na stole, na którym zaraz potem jemy. O higienę to za bardzo nie dbają, ale może dzięki temu są bardziej odporni na różne choróbska.
Leje i leje. Wojtek bierze na motocykl jednego z Ormian, który ma pokazać gdzie jest motel. Okazuje się, że warunki super i w miarę tanio, chyba po 10$ od pary wychodzi.
Na miejscu wita nas dziwny facio, Vagan. Zaprasza nas na kolację. Gdy wchodzimy do jadalni, to lekki szok. Stół zastawiony jedzeniem i alkoholem, aż się ugina. Gościu mówi, że płaci za wszystko. Ok., nie ma sprawy. Jest jakiś dziwny, dużo wie o historii Polski, o polskich i nie tylko kompozytorach, nie pozwala robić sobie zdjęć i i nie chce powiedzieć co robi i dokąd jedzie.
Potem Buzar (jako stary antykomunista, który trochę w ciupie przesiedział), stwierdził, że to pewnie jakiś przestępca, który wyszedł na przepustkę, bo jego wiedza jest dziwnie zbliżona do tej jaka jest w książkach w więziennych bibliotekach, czyli klasyka plus historia. Nic wiedzy współczesnej. Może to i tak.
Dzień 12 (27 lipca 2004, wtorek)
Rano wyruszamy dalej. Chcemy dotrzeć nad jezioro Sevan, a potem gdzieś w górki (górki, tam same górki) znaleźć nocleg.
Przejeżdżamy przez tunel z jednej strony gór na drugą i docieramy do jeziora. Jezioro Sevan jest bardzo duże, z brzegu nie widać drugiego końca i ma ponoć drugie co do czystości wody w świecie. Zwiedzamy półwysep i cerkiew na nim. Zaczepiają nas wojacy, którzy na końcu półwyspu coś obserwują, czy też pilnują, ale wysyłamy laski na wabia i możemy fotografować dalej :-)
Ruszamy dalej, po drodze zahaczamy o różne kościółki i takie tam. Gdy trasa oddala się od jeziora, to wiedzie non-stop przez góry. Cały czas niesamowite widoki. Chciałoby się zatrzymywać co zakręt i robić zdjęcia. Wysokość średnio ponad 1500m, na niektórych przełęczach powyżej 2000, dzięki temu jest chłodniej niż w Gruzji.
Tak zachwycając się widokami, dojeżdżamy do Jarmuka, za ZSRRowskich czasów najbardziej znanej i najlepszej miejscowości wypoczynkowej w Armenii i okolicach. Ormianie z dumą pytają się nas, jak nam się widzi ich piękny ośrodek. Z przyzwoitości odpowiadamy twierdząco, bo budynki i ulice wyglądają koszmarnie i przygnębiająco. Kwadratowe, szare budynki, każdy taki sam. Trzeba wiać stąd jak najszybciej. Nocleg załatwiamy w świeżo odremontowanym hotelu za śmiesznie małe pieniądze. Garaż na moto też załatwiony od mieszkańca sąsiedniego bloku. Wieczorkiem ryba w knajpie, parę piwek i spać.
Dzień 13 (28 lipca 2004, środa)
Wyruszamy rano w kierunku Erewania. Oprócz sprawy z wizami, jesteśmy tam także umówieni z Armanem, naszym kolegą poznanym we Wrocławiu podczas przygotowań do wyprawy. Codziennie smsuje do nas, niepokojąc się, bo mieliśmy być ładne parę dni temu.
Zjeżdżamy z gór na wyżynę, na której leży Erewań. Masakra, jak w piekarniku, 40 stopni w cieniu, w słońcu boję się sprawdzić. Po drodze zwiedzamy twierdzę, z której widać świętą górę Ormian - Ararat.
Dojeżdżamy do Erewania, spore miasto, żyje tam 1,5 miliona Ormian, czyli połowa ludności. Szukamy ambasady gruzińskiej i przeżywamy mały szok. Ktoś z boku mówi do nas po polsku, pytając się gdzie jedziemy. Patrzymy, a tu radiowóz i policjant grzecznie nas pyta. My, że do ambasady gruzińskiej. No to nas potprowadzili pod sam budynek. W ogóle urzędnicy i policja armeńska na takim poziomie, ze Polacy powinni się uczyć.
I znowu zonk. Ambasada gruzińska zamknięta, a czemu? No bo w środę nie pracują. Wojtka o mały włos szlag nie trafił, ale jakoś wybłagał, że nas przyjmą. Wypełniamy wnioski - o szlag by trafił, zdjęcia są potrzebne, no to rura do zakładu, na szczęście był blisko polaroid, zdjęcia wyszły takie, że Monika z Ewą nie chciały na nie patrzeć :-) Wnioski złożyliśmy, zapłaciliśmy i mamy się zgłosić o 17.00 po odbiór wiz.
Jedziemy w międzyczasie do Armana, skwar niesamowity. Arman gości nas u siebie w domu, jemy obiad i słuchamy opowieści jak tu się żyło i żyje. Arman pokazuje nam z okna bloku, w którym mieszka, łyse wzgórze na obrzeżach Erewania. Kiedyś rósł tam las, ale po rozpadzie ZSRR w Erewaniu przez 10 lat nie było prądu i ludzie wycięli wszystkie drzewa z parków i okolic, by jakoś grzać się zimą. Arman mieszkał na 9 piętrze, więc miał nieciekawie, zwłaszcza, że wodę też trzeba było nosić.
Po obiedzie śmigamy pod ambasadę, po drodze Szybowcowi pęka stelaż od kufra, mocujemy prowizorycznie i zasuwamy po wizy. Po odebraniu wiz jadę z Szybowcem spawać stelaż, Wojtek jedzie z Armanem i jego kuzynami załatwiać hotel, dziewczyny na lody, a Buzar pilnuje motocykli. Po 2h wsio załatwione. Jesteśmy umówieni na wieczór z Armanem, a tymczasem mimo zmęczenia drogą i upałem, jedziemy zwiedzać okolice Erewania, po to w końcu przyjechaliśmy, nie? :-)
W Garni zwiedzamy grecką, czy też na grecką modłę wybudowaną, świątynię, następnie lecimy do Geghard, zobaczyć najstarszą cerkiew w Armenii i zarazem najważniejszy zabytek. Budowla jest położona w przepięknym miejscu, otoczona wysokimi i stromymi górami.
Późnym wieczorem wracamy do Erewania. Przyjeżdża Arman i trzema taksówkami (oczywiście Wołgami) piratując po ulicach jedziemy do knajpy w centrum miasta. Obżeramy się lokalnymi potrawami popijając piwem i koniakiem. Wysłuchujemy opowieści Armana i jego kuzynów. Przed 3 nad ranem zawijamy do hotelu, żegnani przez Armana. O 3.00 w nocy w całym mieście gasną światła - wyłączany jest prąd ze względów oszczędnościowych. To był kolejny długi dzień.
Dzień 14 (29 lipca 2004, czwartek)
Rano ruszamy z powrotem do Gruzji. Po drodze jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów od Erewania zwiedzamy tutejszy Watykan, czyli Echmiadzin, i dalej w drogę. Wracamy inna trasą, położoną w przepięknym kanionie wzdłuż rzeki. Kolejne widoki zapierające dech w piersiach. Niestety nie zatrzymujemy się, bo czas goni. Po drodze w jednej z wiosek widzimy parę motocyklistów na czeskiej Jawie 350. Okazuje się, że jest to Ormianin z żoną, który wyemigrował do Włoch i tam się ożenił. Co roku przylatują do Armenii i jeżdżą Jawą po kraju.
Granica na luzie, kolejne parę papierków i kłopoty po gruzińskiej stronie. Chcą jakąś kasę za jakiś papier na motocykl (ten poprzedni zdaliśmy wyjeżdżając), którego zresztą nie mają. Niezawodny Buzar zadziałał i jedziemy bez płacenia ale i bez papieru. Ciekawe czy nas wypuszczą bez tego? :-)
Jadąc w drugą stronę zapamiętaliśmy, że 40 km od Tbilisi w stronę Poti był jeden motel, z którego zrezygnowaliśmy wtedy, postanawiamy więc nie zatrzymywać się w mieście, tylko lecimy dalej. 60km za Tbilisi nadal nie ma motelu, 80 - nie ma, padamy na pyski, ale jedziemy dalej. Wreszcie jest, 100km za miastem, coś nas pamięć zawiodła. Styrani wypijamy po parę piwek i kładziemy się spać.
Dzień 15 (30 lipca 2004, piątek)
Odsypiamy wczorajszą jazdę i wyruszamy dopiero po 11.00 Trasa wiedzie do Turcji przez Batumi. Postanawiamy nie jechać przez Poti, tylko na ukos, skrótem. No i wyszedł nam skrót bokiem. Po 100 km zamiast drogi kamienie i dziury, zero asfaltu. Pytamy się ile tak jeszcze, może zaraz będzie ok.? Okazuje się, że taka droga jest aż do Batumi, czyli 150 km. Odpuszczamy, bo jechalibyśmy chyba 2 dni, zawracamy, jeszcze małe błądzonko (10 km ekstra po tych wertepach) dzięki panu policjantowi i ruszamy w miarę dobrą drogą do innego przejścia, w górach.
Kilka kilometrów przed granicą robimy postój na tankowanie w przygranicznej miejscowości. Lejemy benzynę z dystrybutora napędzanego dziadkiem za pośrednictwem korby i w sklepie obok robimy zakupy za resztę larów. Dowiadujemy się tam, że w wiosce mieszka polski ksiądz, miejscowi ofiarują się, że nas zaprowadzą. Jedziemy kamienistą drogą. Pod koniec droga jest taka, że dziewczyny zsiadają z motocykli, żeby nam było łatwiej. No i na zakręcie większy kamulec wpada mi pod przednie koło, i gibło mnie na lewo. Nie byłem w stanie utrzymać obładowanego Bandziora i położyłem go na bok. Zrobiłem to jak najdelikatniej, ale i tak kierunek poszedł. Jednak za pomocą Buzara taśmy izolacyjnej przywróciłem mu poprzedni kształt, choć nie kolor :-)
Księdza niestety nie zastaliśmy, za to przemiłe i młode (ech, Ci księża) gosposie zrobiły nam mocną kawę, my wciągnęliśmy po konserwie i pojechaliśmy dalej.
Na granicy Gruzini puszczają nas szybko, pytali się oczywiście o kwit na motocykl, ale zadowoliło ich wytłumaczenie, że na armeńskiej granicy nie było druków. Za to przetrzymali nas Turcy. Po załatwieniu wstępnych formalności i wiz turystycznych (20$ od łebka), podjeżdżamy pod bramę wyjazdową, a tu ni chuchu. Najpierw do następnej budki, potem do następnej i jeszcze jednej. Tak chyba zwiedziliśmy chyba jeszcze z 5, zostawiając w każdej po parę dolców. No ale wreszcie ruszamy dalej, w kierunku Trabzonu. Robi się późno i chłodno, jesteśmy w końcu na 2000m.
Dojeżdżamy do ponurej miejscowości Ardaham. Tam znajdujemy 3 hotele obok siebie, recepcjoniści kłócą się o nas, ale przeważa hotel, w którym zapewniono nas, że będzie garaż. Dogadujemy się na migi, bo nikt tutaj nie rozumie po angielsku ani po rusku. Garażem okazuje się nieczynny sklep obok, a w hotelu nie ma wody, ale obiecują, że będzie po 22.00. Wszyscy narzekają na smród oprócz nas (może dlatego, że jako jedyni nie mieliśmy łazienki w pokoju :-) ). Idziemy na kolację do knajpy, Szybowiec spotyka Kurda, nauczyciela angielskiego i wreszcie możemy się dogadać. W knajpie jedzonko bardzo dobre i obfite za rozsądną cenę. Natomiast piwo? Dobrze, że zdążyliśmy zamówić tylko po jednym. Wojtek z Gosią strzelili sobie po 2 czy 3 i 90% ich rachunku to było piwo, po które zresztą kelner biegał do sklepu :-) Ceny alkoholu to mają z nieba chyba. Najedzeni wracamy do hotelu i idziemy spać, bo w tym smętnym mieście nie ma co robić.
Dzień 16 (31 lipca 2004, sobota)
Ruszamy dalej. Po drodze mijamy przełęcz na wysokości 2640, to najwyżej gdzie byliśmy. Góry po tureckiej stronie są całkiem inne. Porośnięte trawą, która wygląda jakby ją koszono regularnie. Może to zasługa krów i baranów, których cała masa pasie się po drodze.
Mijamy patrol wojskowy rozłożony na poboczu, okazuje się, że ubezpieczają jakiś festiwal folkowy, który rozłożył się namiotami na polanie przy drodze. Oczywiście zatrzymujemy się i idziemy popatrzeć.
Jedziemy dalej, droga zaczyna przebiegać wzdłuż rzeki, która ciągnie się paręset metrów poniżej, widok rewelacyjny. Mijamy po drodze wiszące mosty zrobione chyba własnym sumptem, wygląda to koszmarnie przerażająco, zwłaszcza, że widać idących po nich ludzi. Mam ochotę się zatrzymać i namówić resztę, na przechadzkę po takim mostku, ale rezygnuję, a nóż się zgodzą :-) Potem mijamy budowaną właśnie zaporę, a więc kanion rzeki będzie niedługo zalany.
Ta turcja ma jeden feler, co się zatrzymujemy na jakiś popas, to nie ma kawy! Normalnie Turcja i nie ma kawy po turecku, tylko herbata. Dojeżdżamy do morza, jadąc w chmurach i mgle. Na początku zastanawialiśmy się, po co te tyki z migającymi światłami. Chwilę potem już wiedzieliśmy, jak otoczyła nas chmura :-)
Nad morzem droga w dobrym stanie, miejscami 4 pasmowa, miejscami w przebudowie, ale generalnie jedzie się ok. Strasznie dużo zakrętów, generalnie same zakręty i masa samochodów, więc tempo nie za szybkie. Temperatura ze 30 stopni i bardzo wilgotno.
Zatrzymujemy się za Trabzonem w pensjonacie przy samej drodze, nad brzegiem morza. Idziemy wykąpać się w Tureckim morzu i mały szok na wstępie - piasek jest czarny, a nie żółtawy. Na początku obawiamy się wejść na niego, bo kojarzy się z brudzącym węglem, ale nie brudzi.
Po kąpieli wspólna kolacja, piwko i spanie przy hałasach bawiących się Turków (jak oni tak mogą tylko przy tej herbacie, musi być, że coś do niej dodają. Albo ją palą :-) )
Dzień 17 (1 sierpnia 2004, niedziela)
Po śniadaniu lecimy dalej. Po kilkuset kilometrach odbijamy w głąb lądu, w kierunku Istambułu. Po drodze nic ciekawego, pod koniec tylko, przed samą autostradą okazuje się, że jesteśmy niedaleko Safranbolu, miasteczka wpisanego na listę UNESCO, ze względu na swoją historyczną i bardzo stara zabudowę, jedynie tutaj ocalałą w takich rozmiarach.
Jest Wieczór, więc postanawiamy zboczyć te 40km i tam przenocować. Miejscowość okazuje się rzeczywiście przeurocza, jedynym zgrzytem jest mijane po drodze przemysłowe miasto ze śmierdzącą, wielką fabryką.
Nocleg znajdujemy szybko i od razu ruszamy na nocne zwiedzanie zabytkowego miasteczka. Po i w trakcie zwiedzania parę piwek i idziemy spać.
Dzień 18 (2 sierpnia 2004, poniedziałek)
Rano wszyscy oprócz nas idą jeszcze za dnia pozwiedzać Safranbolu, a potem ruszamy do Bułgarii.
Po drodze pierwsza przygoda. Zatrzymujemy się na wielkim zajeździe ze stacja benzynową i targowiskiem na tankowanie i kawę. Po postoju Wojtek rusza pierwszy, za nim Szybowiec, my i Buzary. Szybowiec gna jak szalony, bo Wojtek wyjechał trochę wcześniej od nas i zniknął nam z oczu. Dopiero po parunastu minutach, gdy musimy zwolnić przed większą grupą samochodów, wyprzedza nas Buzar i ze śmiechem mówi, że w ten sposób nie dogonimy Wojtka, bo on jedzie za nami :-) W zamieszaniu przy wyjeździe okazało się, że wyjechał po nas, a nie przed nami. No ale dzięki temu nadgoniliśmy trochę, a i Wojtek coś się rozpędził :-)
W okolicach Istambułu kolejna przygoda. Szybowcowi na środku autostrady skończyło się paliwo. Dobrze, że Buzar miał jakąś pompkę i przelał trochę paliwa i ruszyliśmy dalej do pierwszej z brzegu stacji. Zwiedzania Istambułu nie mamy w planie, na to trzeba ze 3 dni jak nie lepiej. Mijamy most nad Bosforem i już jesteśmy z powrotem w Europie.
Do granicy docieramy koło 18.00. Zaskakuje nas wielka kolejka, ale wbrew pozorom szybko poszło. Jeszcze trochę zamieszania z jakimiś papierami na motocykl i paszportami i już jesteśmy przy Bułgarskich pogranicznikach. Wreszcie nas ktoś rozumie szkoda tylko, że odwrotnie kiwają głowami :-) Szybciutko nas przepuszczają i jedziemy dalej. Tankowanie na stacji i 10 km dalej zatrzymujemy się w motelu. Motocykle parkujemy w recepcji (pierwszy raz mi się to zdarzyło :-) ), logujemy się w pokojach i rura na jedzenie i piwo.
Dzień 19 (3 sierpnia 2004, wtorek)
Lecim dalej. Rano śniadanko przy stacji benzynowej, tanio i smacznie i jedziemy w kierunku Sofii. Na obwodnicy miasta widzimy serwis i sklep motocyklowy. Zatrzymujemy się, bo Wojtkowi klocki się już kończą. Mi zresztą przód też już prawie się kończy (hamuję jak najwięcej tyłem), a Buzar już w Gruzji zmienił na zapasowe.
Po wymianie ruszmy dalej, rozglądając się za jakimiś monastyrami do pozwiedzania. W końcu po dwóch nieudanych próbach trafiamy na taki jeden i to tak pięknie położony, że postanawiamy tam zanocować. Noclegi tanio, tylko była mała przygoda z Bułgarskim kiwaniem głową na odwrót. Nie mieliśmy już za dużo Bułgarskich pieniędzy, więc Wojtek poszedł się spytać do knajpy, czy możemy tam wymienić euro lub dolary.
Pan mu pokiwał głową tak po naszemu i Wojtek cały szczęśliwy wrócił z wiadomością, że można. Tylko okazało się, że nie można, bo bułgarskie potakiwanie to po ichniemu nie :-) Potem, przy zamawianiu jedzenia też było sporo ubawu, bo pytamy się o zupę, a pan kiwa z uśmiechem, że nie ma. Wszyscy zawiedzeni, dopiero po chwili łapiemy, że pan kiwa głową, że jest :-)
Wcinamy rozsławione przez Szybowca biurki, czyli paprykę nadziewaną specjalnym białym serem z przyprawami, opiekaną w panierce. Re-we-la-cja. Wyżarliśmy wszystkie papryki i ser jakie były w knajpie :-) Biedny kelner miał na koniec niezłą zagwozdkę, bo mu zapłaciliśmy we wszystkich walutach jakie mieliśmy.
Dzień 20 (4 sierpnia 2004, środa)
W miarę szybko docieramy do granicy z Rumunią, Bułgarzy odprawiają nas szybko, musimy tylko czekać godzinę, aż uzbiera się pełen „wkład" na prom przez Dunaj. W między czasie Szybowiec odkrywa, że mój górny kufer coś dziwnie smętnie w dół spogląda. Okazuje się, że pękła blacha łącząca tylną część ramy, a do której to blachy był przymocowany stelaż. Łapiemy całość pasem Szybowca i jest git.
Na promie spotykamy dwóch Włochów, też motocyklistów. Dogaduje się z nimi Gosia, która dobrze mówi po włosku. Jadą teraz niestety samochodem, bo jeden z nich miał wypadek przed wyjazdem, a jadą do Rumunii, bo słyszeli, że są tam fajne dziewczyny i jadą parę powyrywać :-)
Wreszcie pakujemy się na prom, po drodze z brzegu podziwiamy naturystów i już jesteśmy w Rumunii. W przeciwną stronę pakują się jacyś inni motocykliści, oczywiście machamy do nich. Odprawa trwa 2 min i ruszamy dalej.
Chcemy po drodze pozwiedzać jakieś monastyry, ale nic z tego nie wychodzi. Przejeżdżamy za to przez malownicze, typowo rumuńskie wioski. Nocleg łapiemy przy jakimś przydrożnym motelu. Piwo i jedzenie tanie, więc gadamy do późna.
Dzień 21 (5 sierpnia 2004, czwartek)
Mamy jeden dzień w zapasie, to postanawiamy zatrzymać się na jeden dzień w Hajduszboszlo - kurorcie z kompleksami basenów z wodami leczniczymi na Węgrzech.
Po drodze trafiamy do Lipna, w którym znajduje się katolickie sanktuarium, jakich parę w Polsce. Nie było by w nim nic ciekawego, gdyby nie zaskakująca galeria w bocznym pomieszczeniu. Były to obrazy malowane prawdopodobnie przez parafian, ale większa część z nich traktowała o śmiertelnych zdarzeniach jakie przytrafiły się ludziom (rodzinom? znajomym?). Strasznie to dziwne.
Granica pasem dla obywateli UE w 2 min. Docieramy do Hajduszoboszlo i już w mieście łapię drugą już gumę. Tym razem to gwóźdź, więc udało się nam na miejscu zakołkować oponę. Nocleg załatwiamy u dziadka, gdzie reszta ekipy już była parę razy. Wieczorem wyjście na miasto, zakupy i piwko. W Hajduszoboszlo co drugi to polski turysta, więc czujemy się prawie jak w domu.
Dzień 22 (6 sierpnia 2004, piątek)
Szybowiec nie zostaje z nami, z samego rana jedzie do Polski, w Bielsku czeka na niego Lilka. My po śniadaniu idziemy moczyć się w basenach. Średnia wieku 60 :-) Siedzą babcie i dziadki i grzeją kości w siarkowej wodzie. My też :-) Przydał się ten jeden dzień. Jutro prawie 900 km do Wrocławia.
Dzień 23 (7 sierpnia 2004, sobota)
Wyjeżdżamy rano, Wojtek z Gosią zostają jeszcze na Węgrzech. Lecimy z Buzarami prawie samymi autostradami, granice to tylko krótkie machnięcia paszportami. Zatrzymujemy się w Czechach na „smażeny syr", przekraczamy granicę w koło Międzylesia i późnym popołudniem jesteśmy we Wrocławiu.
Podsumowanie
Wyjazd trzeba zaliczyć do super udanych. Spełniło się moje zamierzenie, żeby objechać Morze Czarne, Armenię zwiedziliśmy, spotkaliśmy samych życzliwych ludzi (wyłączając co poniektórych urzędasów na granicach) i mieliśmy kupę wrażeń. Szczególnie dobre wrażenie wywarła na nas Gruzja i tamtejsi motocykliści. Nie sprawdza się opinia, że to niebezpieczny kraj. Być może zależy to od tego z jakim nastawieniem się tam jedzie. Tyłki bolały jeszcze przez parę dni, ale to nic :-)
Przejechaliśmy od Wrocławia do Wrocławia 8300km, niezły kawałek.
Koszty? Noclegi tanie, średnio wychodziło 5E za noc. Jedzenie jeszcze tańsze - nie ma sensu nic brać ze sobą. Paliwo - połowa ceny w Polsce (poza Turcją i Węgrami). Nas wyniosło to ze wszystkimi opłatami, wizami i innymi duperelami 8tyś. na dwoje, ale można taniej. My nie żałowaliśmy sobie, w końcu nie często taka podróż.
Wszystkim polecam taką wyprawę, na pewno nie będziecie zawiedzeni. Jeśli macie jakieś uwagi, pytania, pochwały :-) - piszcie:
Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.