Start‎ > ‎Podróże‎ > ‎

Syberia 2011



Przygotowania

Podróż na Syberię nad Bajkał siedziała nam w głowach już od dawna i z początkiem roku zaczęliśmy poważniej ogarniać ten temat. Termin ustaliliśmy na przełom lipca i sierpnia - wtedy jest tam najcieplej, sucho i co za tym idzie najmniej komarów i innego latającego świństwa, które podobno ostro daje w kość. W między czasie dołączyły jeszcze do nas Ania z Martą i w marcu przeglądając strony przewoźników lotniczych trafiliśmy na ofertę LOTu - 370zł tam i z powrotem do Moskwy, wylot 19 lipca, powrót 13 sierpnia. Długo się nie zastanawialiśmy, klik i bilety kupione.

Do dyspozycji mamy więc 24 dni. Przez chwilę zastanawialiśmy się czy 5000 km, które dzieli Moskwę od Bajkału pokonać pociągiem, czy samolotem. Podróż koleją z Moskwy do Irkucka trwa do 5 dni (w zależności od wybranego pociągu) i wcale nie jest tania. Bilet w wagonie kupiejnym (przedziały po 4 miejsca do spania) kosztuje prawie 1000zł! W tej samej cenie, jeśli nie taniej jest przelot samolotem. Po naradzie stwierdziliśmy, że podróż Koleją Transsyberyjską jest obowiązkowym punktem naszej wyprawy, jednak przejazd w jedną stronę w zupełności wystarczy by poznać transsib:) Załatwienie wizy, biletów na transsib do Irkucka i samolot z powrotem do Moskwy zlecamy firmie Sputnik Travel.

Od marca czasu na przygotowania i zakupy mamy sporo, ale jak to zwykle bywa wszystko robiliśmy prawie na ostatnią chwilę :) Lista zakupowa była całkiem długa:
- namiot - Quechua T3-Ultralight sprawdził się bardzo dobrze, waga 3,5kg, szybko się go rozkłada i składa (sypialnia podwieszana do stelaża), po złożeniu małe wymiary, tak że nawet wszedł do mojego plecaka.
- śpiwory - potrzebne nam były jakieś cieplejsze niż mamy, w końcu to Syberia i cholera wie jak będzie nocą :) Padło na jakieś zwykłe z Decathlonu. Do tego jeszcze worki kompresyjne. Mała uwaga - na przyszłość warto jednak wykosztować się na jakieś puchowe śpiwory - nie dość że cieplejsze, to jeszcze stanowczo mniej miejsca zajmują po spakowaniu.
- plecaki - Karrimor Cougar 60-70 - trafiła się nam promocja w Bergsonie 2gi produkt za 50%, więc całkiem tanio nam wyszły, niecałe 500 za jeden. Warto też wziąć dodatkowo jakiś mniejszy plecak na wycieczki na miejscu.
- dla mnie buty trekkingowe, bo oczywiście do tej pory podczas podróży motocyklowych wiecznie w buciorach moto :) Kupiłem Artux H20K z Hi-Mountain, ale nie polecam. Pójdą do reklamacji, ponieważ przy pierwszej wycieczce w góry uszkodziła się podeszwa (na kamieniach wyrwały się elementy protektora)
- odzież - spodnie trekkingowe, grube skarpety, jakieś klapki pod prysznic, lekkie kurtki przeciwdeszczowe.
- szpeje - kubki metalowe, uniwersalne sztućce, czyli plastikowe skrzyżowanie noża, łyżki i widelca, przewodniki, mapy, mokre chusteczki higieniczne (bardzo ważne, ratują dupę - dosłownie :), kosmetyki oraz - co bardzo ważne - środki na komary i meszki. Off się nie sprawdził, natomiast "super duper" środek kupiony w Sklepie Podróżnika był w miarę skuteczny
- jedzenie - zupki chińskie, gorące kubki, trochę kabanosów.

Baliśmy się trochę, że przekroczymy dopuszczalną wagę bagażu w samolocie (20kg), ale nie było tak źle. Plecaki po spakowaniu (wraz z namiotem włożonym do mojego) ważyły po około 17kg.

Kasa - tutaj mały błąd. Kupiliśmy dolary, a trzeba było kupić ruble. Fakt, że nieraz wychodzi się lepiej kupując dolary w Polsce i wymieniając je na miejscu, ale jeśli nawet, są to niewielkie zyski, a w naszym wypadku nawet strata. Poza tym o wiele wygodniej było by mieć ruble i nie martwić się o to gdzie je wymienić. O ile w większych miastach raczej nie ma problemu, to już nad samym Bajkałem były z tym siupy. Przelicznik w czasie gdy byliśmy, to 10 rubli za 1zł, czyli ceny liczyło się prosto - wszystko dzieliliśmy przez 10.

Tak przygotowani i bez konkretnego planu wyprawy wyruszamy na podbój Syberii :)

Zdjęcia z wyjazdu można obejrzeć tutaj. Powstał także krótki film nagrany aparatami fotograficznymi:



Dzień 1, wtorek, 19 lipca 2011, Warszawa - Moskwa

Lot do Moskwy mamy o 22:30, przed 21.00 zamawiamy taryfę na lotnisko i pierwszy mały stres. Taksówki nie widać, po 25min pani oddzwania i mówi, że nie będzie, bo nie ma kto przyjechać. Dziękujemy firmie Volfra, już na zawsze. Dzwonimy gdzie indziej, taksówka przyjeżdża po 15min. i śmigamy na lotnisko. Wcześniej odprawiliśmy się przez internet, więc miejsca mamy już wybrane, a odprawa na lotnisku obywa się szybko i sprawnie. Parę minut później dołączają do nas Ania i Marta. Jeszcze tylko fotka na FB pod tablicą informacyjną z naszym lotem i wsiadamy do samolotu.

Lot trwa 2h, na pokładzie mały poczęstunek w postaci nawet dobrej kanapki, kawy/herbaty oraz piwa i około 2:30 czasu moskiewskiego (0:30 naszego) jesteśmy na Szeremietiewie. Odprawa celna to bajka w porównaniu z moimi wcześniejszymi motocyklowymi bojami na granicach. Szybka kontrola paszportu i możemy wychodzić. Autentycznie byłem zszokowany, że to już i że nie trzeba niczego wypełniać, deklarować, podpisywać, nikt łapówy nie wymusza - opad szczęki :)


Dzień 2, środa, 20 lipca 2011, Moskwa - pociąg transsyberyjski do Irkucka

Moskwa, w poczekalni Dworca Jarosławskiego. Ciężki to był poranekZ lotniska do centrum Moskwy można dojechać w pół godziny Aeroexpressem za 320r, niestety na pierwszy musielibyśmy czekać 3h, poza tym w Sputnik Travel postraszyli nas, że pewnie zedrą z nas za bagaż i cena za wszystkich wyjdzie około 2000r, więc warto wziąć taksówkę. Jak się pod koniec podróży okazało, jest to nieprawda i nikt nie wymaga jakichś dodatkowych biletów za bagaż. No cóż, nie chciało nam się czekać na lotnisku, poza tym pierwszy dzień, pełno siana w kieszeniach, więc co tam :) pojechaliśmy taksówką za 2500r za wszystkich (po krótkich targach z wyjściowych 3000r)

Jazda taksówką na Dworzec Jarosławski trwa około 0,5h i na miejscu jesteśmy parę minut po 3.00. Ładujemy się tylnym wejściem do poczekalni na piętrze i czekamy na otwarcie kas o 4:00. Plan jest taki, że odbieramy bilety i resztę czasu do odjazdu pociągu (13:35) spędzamy na zwiedzaniu Moskwy. Jednak po zgłoszeniu się do okienka kasy zaczyna się jazda. Bilety mieliśmy zarezerwowane i opłacone przez Sputnik Travel, ale po pokazaniu rezerwacji i dłuższych poszukiwaniach przez kasjerkę okazuje się, że są tylko 2 bilety. Pani każe nam przyjść ponownie o 06:00, w międzyczasie być może wyjaśni sprawę. Lekko zaniepokojeni (a nawet bardzo po przeczytaniu nieprzychylnych komentarzy o Sputniku w dworcowej kafejce internetowej) oddajemy plecaki do przechowalni bagażu (камера хранения - kamera chranienia) i wychodzimy pozwiedzać okolice.

O 6:00 zjawiamy się pod kasą i już od nowej obsady (pewnie pani z poprzednie zmiany kazała nam przyjść o 6.00, bo nie miała ochoty ścierać się z nami) Po kolejnych kilkunastu minutach poszukiwań nadal jesteśmy bez 2 biletów, udaje się tylko ustalić, że była rezerwacja na jeszcze 2 bilety, ale została anulowana. No to gromy posypały się na Sputnik Travel. Póki co byliśmy w czarnej dupie, bo tutaj 6:30 a w Polsce 4:30, więc żeby cokolwiek zdziałać musimy czekać do jakiejś rozsądnej godziny. Kręcimy się po dworcu, próbujemy kimać w poczekalni, gdzie obserwujemy małą akcję z bezpańską torbą pozostawioną na ławce. Odbyło się to tak, że naraz z nikąd pojawili się dwoma różnymi wejściami jacyś mundurowi, jedni z psem. Podeszli ostrożnie do torby, obwąchali ją psem, zajrzeli do środka i w końcu sobie poszli. Widać nie było bomby :) Tu mi się przypomniało, że we wszystkich wejściach na dworcu zainstalowane są bramki, które coś wykrywają, bo piszczą jak najęte, ale nikt na to nie zwraca uwagi :)

Szukamy naszych zaginionych biletówW okolicach 10:00 (8:00 w Polsce) Marta dzwoni do swojej koleżanki Moniki, by pomogła nam z atakiem na Sputnik Travel reprezentując nas na miejscu :) oprócz tego sami próbujemy się skontaktować z biurem, ale kiepsko to wychodzi. Z pomocą Moniki udaje się wreszcie coś zdziałać, biuro obiecuje nam kontakt ze swoim przedstawicielem w Moskwie. Wszystko to oczywiście trwa długie minuty i godziny, a ekipa coraz bardziej zdenerwowana, bo godzina odjazdu pociągu zbliża się nieubłaganie. Może tylko ja jestem trochę bardziej spokojny, bo w sumie to nic nowego. Upiekło się na lotnisku, więc gdzie indziej musiały być siupy :)

W międzyczasie walczymy także z kasjerkami na dworcu, ale kiepsko to wychodzi. Naszych biletów nie da się znaleźć ani po nazwisku ani po nr paszportu, który musi być na bilecie. Trochę to dziwne, więc coraz bardziej obawiamy się, że będzie trzeba wyłożyć dodatkową kasę na brakujące bilety (ok. 1000zł za jeden) :/ W końcu na 1h przed odjazdem pociągu dzwoni ktoś do nas, chyba właśnie ten przedstawiciel Sputnika w Moskwie i mówi, żebyśmy podali w kasach nr rezerwacji, które nam podeśle smsem. Po ich otrzymaniu i pokazaniu bilety automagicznie znalazły się. Generalnie dziwna sprawa i nie wiemy do dzisiaj, kto namieszał, czy rosyjskie linie kolejowe czy Sputnik.

Tutaj należą się ogromne podziękowania dla Moniki, która poświęcając swój czas, dzielnie walczyła o naszą sprawę w biurze Sputnik Travel.

Cali szczęśliwi udajemy się wymienić część dudków na ruble i poczynić zakupy do pociągu. Głównie coś do jedzenia, ale i tak najcięższe było piwo :) Przy okazji przygoda w kantorze wymiany walut. Ewa czytała wcześniej o takich numerach i dzięki niej uniknęliśmy straty 5000 rubli. Numer jest taki, że kasjer na naszych oczach przelicza ruble. Widzimy, jak wkłada je do szuflady, którą przesuwa do nas pod okienkiem. Jednak banknot na spodzie pliku (zazwyczaj największy nominał) przytrzymuje palcem i nieuważny klient go nie zgarnia. Ewa wykazała czujność, przeliczyła kasę i dzięki temu nie zostaliśmy zrobieni w bambuko :)

Już w transsibie, pierwsze znajomości :)Wracamy na dworzec, odbieramy z przechowalni bagaże i czekamy na pociąg. Nikogo nie powinno dziwić, że nie wiadomo na który peron i o której godzinie zostanie podstawiony :) Po jakiejś 0.5h pociąg w końcu podjeżdża i pakujemy się do środka. Przy wejściu wita nas tzw. Prowadnica (o tym później), sprawdza nam bilety, paszporty i wpuszcza do środka. Znajdujemy swój przedział i w pierwszej chwili załamka - jaki on mały! Nas czworo plus plecaki w środku i nie ma się gdzie ruszyć. Okazuje się jednak, że nie jest tak źle. Dwa plecaki wędrują do skrzyń pod dolnymi pryczami, a dwa następne na półkę, która jest jakby przedłużeniem przedziału nad sufitem korytarza. Po chwili Prowadnica przynosi nam pościel i jako tako urządzamy się w przedziale, który będzie naszym domem przez 5 dni :)

Trochę o Prowadnicach. Prowadnice to babki, które opiekują się przez całą podróż swoim wagonem i jego pasażerami. Przypadają po 2 na wagon, sprawdzają bilety i wpuszczają do pociągu, dbają o czystość (odkurzają korytarz, czyszczą poręcze na zewnątrz wagonu, zanim wypuszczą ludzi), pilnują pasażerów by nie zostali na stacji gdy pociąg odjeżdża (postoje są rzadko, co kilka, kilkanaście godzin i trwają od 30 do 60 min.) Można u nich wypożyczyć szklankę i łyżeczkę :), zamykają kibelki przed stacją, pilnują by w samowarze (jest taki w każdym wagonie) była woda, itp. Genaralnie fajne kobity, można pogadać i trochę dowiedzieć się o życiu w Rosji :) Potrafią też huknąć na niesfornych pasażerów i pogonić na swoje miejsce :)

W pociągu jest też wagon restauracyjny, więc po ogarnięciu się w przedziale idziemy z Ewą na piwko i może coś zjeść. Idziemy we dwójkę, bo dziewczyny nie mają sił. Ceny w ruskim Warsie powalają, piwo 100r czyli 10zł, jedzenie też nie najtańsze. Oczywiście po chwili mamy już towarzystwo i zaczynają się rozmowy łamanym rosyjskim. Piwo leje się strumieniami, wódkę ktoś zamawia, jedzenie też - jest baaardzo wesoło :) Dzień kończymy późnym wieczorem w stanie dobrze wskazującym, ale należało się nam po stresach od samego rana.


Dni 3-6, czwartek-niedziela, 20-24 lipca 2011, w pociągu (transsibie, jak mówią Rosjanie) do Irkucka

W sumie nie ma co pisać o samej podróży. Możliwości rozrywki są mocno ograniczone: gapienie się w widoki za oknem, czytanie książek/przewodników, no i oczywiście integracja z poznanymi ludźmi :) Tu mi się przypomina jedna sytuacja. Jedna z dziewczyn, nie pamiętam już która, zwróciła uwagę na zabudowania w pobliżu torów: “O, patrzcie, jakie ładne szopki i chatki mają porobione na Dorwaliśmy na którymś postoju wędzoną rybę, była dobra ale capiła gorzej niż francuskie sery. Chyba się trochę nadpsuła :)ogródkach” Musiałem uświadomić, że to nie letnie domki na działce, tylko domy w których ludzie żyją całe życie :) To wszystko przerywane postojami na stacjach i zakupami na peronie od lokalnych babuszek wędzonych ryb, pirożków, wody, piwa. Tak jest na mniejszych stacjach, niestety w większych miastach handlarki są przeganiane z dworca przez policję wspierającą monopol dworcowych kiosków i sklepików z drogim towarem niskiej jakości. Co do higieny - mokre chusteczki rządzą :)

Nasza wizyta w restauracyjnym zaoowocowała bliższą znajomością z Dimą, Saszą i Mikołajem. Odwiedzali nas regularnie, zapewne zwabieni obecnością dwóch dziewczyn solo :) Dima, potężny człowiek, ponoć były snajper z wojny w Czeczeni, szczególnie upatrzył sobie Martę. Niby twardziel, nikt mu nie podskoczy, ale Marta zrobiła z niego potulnego baranka, który spełnia każde życzenie :) Wizyty te musiały się zawsze kończyć przed 23.00, ponieważ o tej godzinie zamykano wagon restauracyjny, który dzielił pociąg na 2 części i wtedy już nie było możliwości przejścia z jednej strony na drugą, a nasi znajomi podróżowali w plackartnym, po drugiej stronie restauracyjnego. Wyszła tu także chyba największa zaleta podróży w przedziale - gdy się ma już naprawdę dość towarzystwa, to można się zamknąć i nikt dupy nie zawraca :)

Tak nam mijał czas i nawet się nie obejrzeliśmy jak dojechaliśmy do Irkucka.


Dzień 6, niedziela, 24 lipca 2011, Irkuck

Przyjechaliśmy przed południem, więc po załatwieniu noclegu ruszyliśmy na zwiedzanie. Tu bulwar nad Angarą.Wysiadamy z pociągu około 10.00. Benita, koleżanka Marty zarezerwowała nam miejsca w Baikal Hostel. Znajdujemy przystanek marszrutki, która jedzie w kierunku hostelu i pakujemy się z plecakami do podjeżdżającego busa. Nie było to łatwe i musieliśmy do przedsięwzięcia zaangażować pozostałych pasażerów :) Bilet kosztuje 14r plus 5 za bagaż. Hostel okazał się zaadopotowanym na potrzeby hotelu mieszkaniem w bloku, a obsługę stanowiła dziewczyna imieniem Maria. Miejsca były, ale we wspólnym pokoju z jakimś starszym niemieckim turystą na piętrowych łóżkach. Jednak na szczęście dla Ewy i mnie znalazł się dodatkowy pokój tylko dla nas w innym mieszkaniu (tak jakby druga część hostelu, czy też inny hostel). Dziewczyny zapłaciły po 650r my z tej okazji, że osobny pokój 850. Przy okazji załatwiliśmy także meldunek, co kosztowało nas 400r od głowy.

Po formalnościach pędzimy czym prędzej do swoich pokoi, by z wielką przyjemnościa oddać się kąpieli pod prysznicem - mokre chusteczki to nie wszystko :) Po zażyciu higieny i krótkim odpoczynku ruszamy na zwiedzanie Irkucka.

Wsiadamy ponownie w marszrutkę i jedziemy na drugi brzeg Angary (jedyna rzeka wypływająca z Bajkału). Nadbrzeżnym bulwarem spacerujemy sobie w kierunku centrum miasta. O dziwo jak na rosyjskie standardy, to jest czysto, przyjemnie, trawka nawet zadbana :) Znad rzeki przy pomniku Aleksandra III odbijamy ulicą Marksa w głąb miasta. Towarzyszy nam bardzo ciekawa zabudowa. Oprócz starszych i nowych murowanych budynków, stoi sporo drewnianych z początków miasta - wyglądają rewelacyjnie. Niektóre zatopione prawie pod parapety okien parterów w ziemi. Z tego co się dowiadujemy, spowodowane jest to corocznym zamarzaniem i rozmarzaniem ziemi na przestrzeni wielu lat. Swoje dołożyły pewnie warstwy asfaltu na drogach i bruku na chodnikach. Wygląda to rewelacyjnie i dodaje uroku miastu.

Budynki zapadają się coraz niżej w wynika zamarzania i rozmarzania ziemi.Pierwszy cel to jakaś miejscowa restauracyjka. Skręcamy w boczne zaułki i trafiamy do buriackiej knajpki. Od progu witają nas rosyjskie przeboje w stylu naszego dico-polo. Klimat jest, jedzenie niedrogie, zostajemy. Zamawiamy piwo i coś do jedzenia. Wszystko nawet smaczne, a jak się okaże dalej będzie trudniej o dobre jedzenie. Od właściciela knajpki zgrywamy na flaszkę (tak w Rosji mówi się na karty flash) przygrywającą w lokalu muzykę.

Ruszamy dalej w poszukiwaniu targowiska opisywanego w przewodnikach. Z małymi trudnościami udaje się nam je znaleźć. Wygląda to w sumie jak i w Polsce kiedyś, a gdzieniegdzie i teraz, czyli wielka, piętrowa hala z masą straganów. Oczywiście okoliczne uliczki zastawione towarem sprzedawanym z chodników :) Kręcimy się ładnych parę chwil, a naszym łupem padają orzeszki cedrowe.

Z targowiska ruszamy reprezentacyjną, handlowo-rozrywkową ulicą w stronę ul. Lenina (w każdym mieście Rosji jest ul. Lenina :) ) Ania z Martą już powoli wymiękają i kierują się do hostelu. My twardo zwiedzamy dalej. Centrum już obeszliśmy, więc wracamy sobie nad rzekę i zasiadamy przy piwku na przycumowanej barce. Chcieliśmy się przejechać małym poduszkowcem widzianym wcześniej, ale niestety już go zwinęli. Zamiast poduszkowca jest za to statek z groźną Panią Kapitan, więc korzystając z okazji płyniemy sobie w rejs po Angarze.
Powoli robi się wieczór i w dodatku jakieś deszczowe chmury na horyzoncie, dlatego też wracamy do hostelu. Trochę to potrwało, bo mieliśmy niezły kawałek drogi do przejścia na pieszo, a potem jeszcze marszrutką na drugi koniec miasta.

Wcześniej z pomocą Marii zamówiliśmy sobie transport na wyspę Olchon. Polegało to na tym, że Maria zadzwoniła do znajomego właściciela busa, który kursuje na takiej trasie i ten o 7.00 rano przyjedzie po nas pod hostel Cena za jedną osobę 600r. Innym sposobem jest szukanie marszrutki pod dworcem kolejowym (zawsze się tam jakąś znajdzie).


Dzień 7, poniedziałek, 25 lipca 2011, Irkuck - wyspa Olchon

Marszrutka, którą będziemy jechać na Olchon.Skoro świt o 6.00 zrywamy się, pakujemy z powrotem w plecaki i czekamy na busa. Po drodze jeszcze śniadanie, które było w cenie noclegu, ale to śmiech na sali - trochę chleba, dżem, masło i herbata. Generalnie niezbyt zadowoleni jesteśmy z tego hostelu, wędrując po mieście widzieliśmy oferty noclegu po 500r za dobę. Z drugiej strony moje doświadczenie mówi, że dziewczyny chyba by nie chciały nocować w takich miejscach :)

Bus pojawia się z małym opóźnieniem, jesteśmy pierwszymi pasażerami, więc bez problemu ładujemy się z naszymi plecakami do środka. Jedziemy w znane już nam miejsce, czyli pod targowisko i tam oczekujemy na resztę pasażerów. Trochę nam tu schodzi, jakąś godzinę, więc nie wiem po co tak wcześnie przyjeżdżał po nas, no ale nie narzekamy, mieliśmy wygodny transport z hostelu. Pojawia się reszta, bagaże wędrują na dach i jedziemy w kolejne miejsce, inny hostel. Wsiadają tu dwie chyba Koreanki, ubrane jak na letni spacer po deptaku, każda z walizeczką na kółkach. Hmm, każdy ma swój styl podróżowania :) Po ostatnich trzech pasażerów jedziemy pod hotel Angara. Czekamy na nich dobre 40min. i w końcu okazuje się, że nie jadą. No i tu najciekawsze. Kierowca przecież nie pojedzie z dwoma pustymi miejscami, więc lecimy pod dworzec kolejowy, szukać chętnych. Niestety chętnych jest pięcioro, ale co tam, wszyscy się zmieszczą i w ten sposób jedziemy w 16 osób który w Europie powinien być 7mio osobowy :D

Droga na Olchon to w sumie nic ciekawego. Atrakcją jest tylko ostatnie kilkadziesiąt kilometrów, gdy kończy się asfalt a zaczyna szutrówka. Trochę popadało wcześniej i jest niezłe błoto, poza tym masa dziur. Jadący na wyspę radzą sobie z tym różnie, najczęściej tak, że zjeżdżają z drogi na łąki po bokach. W ten sposób tworzy się kilkanaście wyjeżdżonych dróg po obu stronach szutrówki. Nasz kierowca także zjeżdża z głównej drogi i o mało co nie kończy się to ugrzęźnięciem w błocie. Szybko wracamy na szutrówkę :)

Ładnie tuNa wyspę można dostać się tylko promem. Kursują dwa, ale i tak tworzy się wielka kolejka. Kierowcy marszrutek mają jakieś układy (czy też po prostu transport zbiorowy ma pierszeństwo) i wbijamy się na początek kolejki. Akurat podpłynął prom, ale nie udało się nam dostać na niego. Na kolejny też nie :) Czekając na następny robimy parę fotek, coś tam na ruszt wrzucamy i pokrzepiamy się kawą. Podpływa prom i zaczyna się zadymka w wykonaniu kierowców: marszrutki chcą wjechać poza kolejnością, zwykłe samochody też już mają dosyć czekania, do tego jakiś autobus, wszyscy trąbią, krzyczą i robi się niezły bajzel przed barierkami. Nasz kierowca w końcu daje radę i wpycha się jako jeden z pierwszych :) Tu mała informacja: w Rosji obowiązuje przepis, że na promie w pojeździe może być tylko kierowca, reszta pasażerów wchodzi pieszo.

Rejs jest krótki i na drugim brzegu ładujemy się z powrotem do marszrutki. Dalsza droga biegnie szutrówką i po niecałej godzinie jesteśmy w Chużyrze - największej wiosce na Olchonie. Marta przed wyjazdem poprzez serwis Couchsurfing zarezerwowała nam miejsce do spania u miejscowego popa, ale niestety nic z tego nie wyszło, bo pop wyjechał, a wszystkie miejsca były zajęte :/ Wobec tego z resztą pasażerów podjechaliśmy do hostelu/gospodarstwa Nikity Benczarowa. Hostel ten to ogrodzony kompleks różnego rodzaju budynków (drewnianych oczywiście) wśród których są mieszkalne, recepcja, jadalnia, świetlica, knajpka, ruska bania, prysznice. Oprócz noclegów można tam także załatwić sobie różne wycieczki po Olchonie. Jest to chyba najpopularniejsze miejsce, więc można tam spotkać turystów ze wszystkich stron świata. W tym oczywiście także Polaków :)

W recepcji mała konsternacja, ponieważ kiepsko z miejscami, ale coś się znalazło dla nas. Dostaliśmy 2 dwuosobowe pokoiki poza terenem samego hostelu, w domku wybudowanym przy miejscowym gospodarstwie. Działa to zapewne w ten sposób, że Nikita załatwia gości okolicznym mieszkańcom, a Ci odpalają mu działkę :) Nam nic do tego, ważne, że jest gdzie spać.

Pokoiki spartańskie, dwa łóżka stolik i wieszak :) ale czysto. Kibelek to oczywiście wychodek z dziurą w podłodze i mroczną, śmierdzącą oraz ruszającą się otchłanią w głębi na tyłach gospodarstwa. Łazienka to dwa zbiorniki na wodę ze sprytnym zaworkiem (by leciała woda, trzeba unieść grzybek wystający z kranu), jak braknie wody trzeba samemu w wiadrze przynieść. Cena takiego lokum to 850 rubli od osoby, ale w tym jest całodzienne wyżywienie (śniadanie, obiad i kolacja). Można wykupić noclegi bez posiłków, ale wobec cen żywności panujących w Rosji w ogóle się to nie opłaca.

Rozpakowujemy się i ruszamy z powrotem do recepcji hostelu, by dowiedzieć się o możliwe sposoby wydostania się z wyspy. Układ dróg i ciekawych miejsc wokół Bajkału jest niestety taki, że za każdym razem trzeba wracać do Irkucka by dotrzeć do kolejnej atrakcji. Trochę do bani, bo marnuje się na to wiele czasu. Jedynym wyjściem, wyczytanym w polskim przewodniku jest podróż statkiem z wyspy na półwysep Święty Nos. Niestety to mało popularna trasa i regularny transport jest tylko 2 razy w tygodniu, pechowo dla nas w środy i poniedziałki. Stwierdzamy, że jeden dzień na Olchon to za mało, z kolei prawie cały tydzień to za dużo. Decydujemy jednak, że zostaniemy dłużej i będziemy szukać jakiegoś transportu wcześniej niż w poniedziałek, a jak się nie uda to trudno, zwiedzimy wyspę bardzo dokładnie :)

Na terenie hostelu znajduje się - tu uwga- francuskie bistro! Więc siadamy na chwilę spragnieni dobrej kawy. Przy okazji wciągamy po ciachu. Powoli zbliża się wieczór, więc idziemy na spacer nad brzeg Bajkału, by podziwiać zachód słońca i skałę Szamankę.


Dzień 8, wtorek, 26 lipca 2011, wyspa Olchon

To naprawdę jest taksówka.Dzisiaj kompletna laba. Wylegujemy się do oporu w wyrku (z małą przerwą na śniadanie w hostelu), a jak już nie możemy to wychodzimy pozwiedzać Chużyr. Zadanie dodatkowe - rozejrzeć się za możliwym transportem na Święty Nos.

Spacerujemy powoli w stronę głównej ulicy wioski - Bajkalskiej. Cała wioska składa się z drewnianej zabudowy, w lepszym lub gorszym stanie. Imponujące wrażenie robi budynek szkoły, ogromy i  także z drewna. Ulica Bajkalska wiedzie od wlotu drogi z promu nad brzeg Bajkału, do portu. Jest bardzo szeroka, ale oczywiście szutrowa :) Póki co się nie kurzy, ponieważ ziemia jest jeszcze wilgotna po ostatnich deszczach. Po drodze przyglądamy się sklepikom/straganom/jurtom z pamiątkami i knajpkom. Wiekszość mieści się właśnie na ulicy Bajkalskiej. Są nawet ze 3 większe nowe markety plus jeden jeszcze chyba z czasów komuny w starym, chyba jedynym, murowanym budynku. Asortyment nie za bogaty i drogo, drożej niż w Polsce niestety. Największą tragedią jest to, że nawet piwo jest droższe niż w Polsce. W sklepie kosztuje 50r czyli 5zł! Karamba. 

Knajpki jak na rosyjski “kurort” przystało - prowizorycznie sklecone na podwórkach domostw, ewentualnie kiosk postawiony za płotem i parasol lub dwa plus parę plastikowych krzesełek. Ale taki klimat lubię, i to bardzo :) Zjeść można pozy (to taka mała sakiewka z ciasta jak na pierogi, w środku mielone mięso z dodatkami, to wszystko gotowane, w wyniku czego w środku robi się rosołek), sałatkę z ogórków i pomidorów, wędzony na gorąco ( po rosyjsku kopczony) omul (ryba występująca tylko w Bajkale - bardzo dobra), typowy dla Rosji szaszłyk, czyli samo mięso bez dodatków i to chyba wszystko :)

Omul był naszym codziennym obowiązkowym daniem, zwłaszcza że wyśledziliśmy miejsce, gdzie można go było dostać za 50r za sztukę (wszędzie indziej 100r). Tutaj mała uwaga co do cen. 50r za omula utrzymało się tylko przez 2 dni, potem był za 70 a dzień później za 80 :) Podobnie w bistro w hostelu, ceny zmieniały się zależnie od ilości zamawianych dań. Jak coś dobrze się sprzedawało - cena w górę :) Nawet w ciągu dnia, np. rano przychodzimy na kawę płacimy ileś tam, po południu cena w menu przekreślona i wpisana nowa, wyższa :)

Widok na Szamankę, jeszcze będzie sporo podobnych zdjęć :)Wędrujemy dalej wokół Chużyru po drodze zaglądając do paru budek i hosteli oferujących wycieczki. Pytamy się o możliwość podróży na Święty Nos. Niestety poza tymi dwoma kursami w środę i poniedziałek można tylko wynająć kuter od miejscowego rybaka, co wychodzi stanowczo za drogo - 8tys. rubli na głowę. Tu śmieszna sprawa - jak tylko pytamy się o rejs na Święty Nos, to od razu pada pytanie: “A wy szto, Paljaki?”. Pytamy się skąd wiedzą, że my z Polski i pada odpowiedź, że wszyscy Polacy pytają się o Święty Nos. Rozwiązaniem zagadki jest to, że chyba tylko w polskim przewodniku jest podana taka właśnie propozycja podróży po okolicach Bajkału, więc wszyscy Polacy się o to pytają :) W sumie nie dziwne, to najsensowniejszy wybór trasy.

Dochodzimy do końca ulicy i odbijamy w stronę Bajkału. Po drodze w lesie mijamy obozowisko namiotowe i wychodzimy na piaszczystą plażę. Nie wiem skąd ten piasek, bo ledwo zaczyna się woda, to piasek znika i zaczynają się kamienie. Nawieźli, czy jak? :) Słońce grzeje, jest nawet gorąco, chętni byśmy się wykąpali, ale nie da rady. Woda ma może z 5stopni, nawet włożenie ręki na dłuższą chwilę powoduje ból. O brodzeniu boso wzdłuż brzegu można zapomnieć :)

Wzdłuż brzegu przechadzamy się z powrotem w stronę hostelu i skały Szamanki. Wspinamy się na wzniesienie i z góry podziwiamy skałę. Wyspa Olchon i okolice Bajkału to ostatnie centrum szamanizmu, starożytnej wiary, która narodziła się na długo długo przed innymi znanymi nam religiami. Miejsce to stało się ostoją wyznawców szamanizmu prześladowanych przez Czingis Chana w XIIw. przez buddyjskich lamów w XVII i XVIIIw. oraz przez władze radzieckie w XXw. Szamanka to najświętsze miejsce tej religii, odwiedzane przez szamanów z całego świata. Zjeżdżają tu ponoć (ku zdumieniu mieszkańców) także afrykańscy szamani, by odprawić modły u stóp Szamanki. Niestety nie zwiedziliśmy samej skały, ponieważ nie mogą na nią wchodzić kobiety, bo w takim przypadku grozi im bezpłodność. Tak więc Ewa oprotestowała ten pomysł i skałę obserwowaliśmy sobie z bezpiecznej odległości :)

Wracamy do swojego pokoiku i po kolacji w hostelu wybieramy się w czwórkę nad brzeg Bajkału podziwiać przy piwku zachód słońca. Zwyczaj ten wszedł nam w krew, jak się potem okazało :)


Dzień 9, środa, 27 lipca 2011, wyspa Olchon, przylądek Choboj

Dzisiaj wycieczka UAZami na drugi koniec wyspy, na przylądek Choboj. Ekskursję zorganizowaliśmy sobie dzień wcześniej przy pomocy Niny. Nina to pracownik hostelu, która zajmuje się szeroko pojętą pomocą turystom. Można ją pytać o wszystko, załatwi prawie wszystko, chętnie pogada. Zna także angielski. Wycieczka kosztuje mnie 850r, dziewczyny 1500. Różnica wynika z tego, że dziewczyny zażyczyły sobie opcję z przejażdżką na koniach. Ja jestem fanem tylko mechanicznych koni, więc rezygnuję :)

Tuż przed wyjazdem małe zaskoczenie, ponieważ nastawiliśmy się na wyjazd UAZami powszechnie znanymi w Polsce. Jakież było nasze zdziwienie i rozczarowanie, gdy zobaczyliśmy widoczne w całej okolicy Bajkału małe, kilkuosobowe busiki. Jak się okazało później, niepotrzebnie się martwiliśmy.

Do UAZa pakujemy się w 10 osób plus kierowca (Nie wiem czy w Rosji obowiązują jakieś przepisy w związku z ilością przewożonych osób i uprawnieniami do tego, ale wątpię. Jeśli tak, to najwidoczniej nikt nic sobie z tego nie robi, co nie powinno dziwić :) ) W sumie jadą 3 samochody.

Okazuje się, że nasz kierowca to dżigit nie kierowca, a busik z napędem 4x4 zapiernicza aż miło. Na wertepach latamy w środku jak piłki, a błoto, piach, strome podjazdy i zjazdy UAZowi niestraszne. Nasze obawy co do środka transportu były płonne, a maszyna uzyskała wielki podziw w naszych oczach.

Pierwszy przystanek mamy nad brzegiem Bajkału przy pogorzelisku starych zabudowań, które były wcześniej manufakturami, w których pracowali więźniowie i zesłańcy. Pogoda jest pochmurna i mocno wieje, co powoduje że na jeziorze pojawiają się duże fale niczym na morzu (w końcu byliśmy nad zatoką o nazwie Małe Morze :) ). Dodaje to niesamowitego klimatu scenerii.

Dziewczyny część wycieczki odbyły na koniach.Kolejny postój ma miejsce przy samotnym gospodarstwie gdzieś na środku wyspy. Tutaj dziewczyny mają wsiąść na konie i już na nich dojechać do przylądku. Koniki jakie otrzymały nie wyglądały najlepiej :) Brudne, żylaste, niepozorne. Dobrze, że nie skusiłem się na tą przyjemność, bo bym wyglądał jak na kocie :) Dziewczyny martwią się o złe traktowanie koni, ale mi się wydaje że tutaj to po prostu zwykłe zwierzęta używane do ciągnięcia wozu, transportu tam, gdzie samochód nie dojedzie, czyli jak to zawsze miało miejsce. Ich wygląd nie stanowi efektów zaniedbania, tylko “używania” :) Nie to co w Zachodniej Europie, gdzie koń w tej chwili jest traktowany niejednokrotnie lepiej od człowieka, codziennie dopieszczany, czesany czy co mu tam się robi. Tu na takie pierdoły nie ma czasu.
Dziewczyny z trochę nietęgimi minami odjeżdżają pod przewodnictwem jednego z mieszkańców gospodarstwa na przełaj w stronę przylądka, my wsiadamy w UAZa i ruszamy dalej szutrówką. Po drodze jeszcze jeden przystanek w ciekawym miejscu wybrzeża Olchonu i dojeżdżamy na Choboj.

Kierowca wysadza nas jakiś kilometr, półtora od przylądka, dalej na piechotę, a następnie mamy wrócić pod pobliski zagajnik, gdzie będzie przygotowany obiad. Dziewczyny nadal w drodze na koniach, więc wędruję sam na wznoszący się wysoko nad wodą przylądek. Trasa nie jest trudna i ciągnie się wzdłuż wysokiego klifu, skąd można podziwiać wspaniałe widoki. Na samym przylądku oczywiście pełno szamańskich znaków w postaci kopczyków poustawianych z kamieni, kawałków kolorowych szmatek na gałęziach krzewów i drzew oraz drewnianego pala wbitego nad samym czubku przylądka, także całego w szmatkach. Z Chobojem wiąże się legenda. W jego ścianie od strony wody można ujrzeć profil kobiety (twarz i biust). Wg legendy jest to ukarana za zazdrość Buriatka, która będzie tkwiła w kamiennej postaci tak długo, jak długo na świecie będzie istniało zło i zawiść.

Wracam do UAZa, a tam na ognisku dochodzi już zupa rybna, czyli ucha. Pytam się, czy z omula, okazuje się, że nie, że z siga, ponoć szlachetniejszej i lepszej ryby. Nieważne, i tak smakuje wyśmienicie, zwłaszcza że jest gorąca a nie jest najcieplej.

Na horyzoncie pojawiają się dziewczyny na koniach. Po minach widać, że mają lekko dość przejażdżki :) Nogi i tyłki je bolą, bo siodła to nie europejskie, wygodne tapczany, ale domowej roboty przyrządy do siedzenia na koniu :) Ewie trafiły się jeszcze strzemiona, których nie dało się za bardzo wyregulować na pasku z dziurami zrobionymi gwoździem, więc nieźle się poobijała, bo były lekko za długie.
Zmarznięte rzucaja się na uchę i czaj ugotowany przez naszego kierowcę. Mamy jeszcze czas, więc razem z Ewą ponownie wybieram się na Choboj.

Ruszamy z powrotem. Po drodze odwiedzamy jeszcze stację meteorologiczną. Muszą tam wieść sobie spokojne życie, z dala od cywilizacji. Doglądają sobie przyrządów, w zagródce parę krówek i konie, bania, jezioro dwa kroki od domu, zimą pewnie odcięci od świata. Ciekawe ile bym wytrzymał. Jakby jakiś internet przyciągnąć (a może jest?), to niewykluczone, że dałoby się tam żyć. :)
Wracamy do Chużyru i w sumie czas już na kolację i nasze piwkowanie na brzegu Bajkału o zachodzie słońca.


Dzień 10 - 12, 28 - 30 lipca 2011, wyspa Olchon

Przez kolejne 3 dni za wiele się nie działo. Głównie dogłębne zwiedzanie Chużyru i wieczory przy zachodzie słońca i piwie :) Poznajemy też sporo innych turystów.

Mieliśmy wybrać się na jeszcze jedną wycieczkę, tym razem kutrem, ale poznani ukraińcy odradzili nam. Wycieczkę większość czasu spędza się na łajbie, na jeziorze wieje i zimno a miejsce na brzegu Bajkału i mniejsza wyspa, które są w planie wycieczki to nic ciekawego.

Poznajemy Joasię i Tomka, parę Polaków, którzy od paru lat na stałe mieszkają w USA, w tej chwili Joasia robi doktorat w Moskwie, więc ściągnęła Tomka na wakacje i zwiedzają Rosję, łącząc ten wyjazd z doktoratem Joasi (ma to coś wspólnego ze sztuką współczesnych Rosjan).


Dzień 13, niedziela, 31 lipca 2011, Wyspa Olchon, rowerami na drugi brzeg

Dzisiaj z Ewą wybieramy się na wycieczkę rowerową. Na wyprawę wyciągnęli nas właśnie Joasia i Tomek. Ania i Marta zostają w Chużyrze.

Rowery zarezerwowaliśmy sobie w wypożyczalni dzień wcześniej (400r za cały dzień). Rano stawiamy się w kantynie na wcześniejsze śniadanie, w ramach obiadu odbieramy zamówione wcześniej “lanczpakiety” i już o 8 stawiamy się po rowery. Naszym celem jest słone jeziorko z podobno leczniczymi błotami. Jeśli czas pozwoli i damy radę, to podjedziemy jeszcze na drugi brzeg wyspy.

Wyjeżdżamy za wioskę i około kilometra za nią odbijamy w lewo w głąb Olchonu. Zaczyna się dłuuuugi podjazd i ja po niecałej połowie wymiękam :) Czlowiek się przyzwyczaił do motóra jednak :) Reszta i tak nie ma zawrotnego tempa, więc spokojnie doganiam ich prowadząc rower. Dojeżdżamy do lasku i zaczynają się bardziej strome podjazdy, na których też Ewa wymięka. Za to zjazdy w dół wychodzą nam wyśmienicie :) I tak sobie jedziemy: krótkie podjazdy jakoś dajemy radę na rowerach, dłuższe trzeba częściowo na nogach niestety. Za to zjazdy to sama radocha :) Joasia z Tomkiem dają sobie lepiej radę, przy czym muszę tu wspomnieć, że Tomek w Stanach amatorsko bierze udział w wyścigach górskich, więc jeździ tam i z powrotem po parę razy i dopinguje nas. Joasia też bije nas na głowę, dziewczyna twardo depcze na pedały i nie zsiada, choć widać, że lekko jej nie jest.

Dojeżdżamy do bajora. Nie wygląda imponująco, ot taka kałuża, trochę już wyschnięta. Widać ludzi brodzących w błocie i smarujacych się nim. Co najlepsze ładują też to błoto do wiader i chyba zabierają ze sobą :) Nieopodal stoi szamański totem, robimy sobie przy nim fotki i rozkładamy się na mały popas.

Smakowało wyśmienicie...Bajorko nas trochę zawiodło, więc ruszamy w dalszą drogę, na drugi brzeg wyspy. Po drodze doganiamy Australijczyka w terenówce, który mijał nas wcześniej. Stoi z boku drogi i razem z pasażerką coś majstrują przy samochodzie. Pytamy się czy trzeba pomocy. Okazuje się, spoko, awarii nie ma ale jest tragedia. Baniak z winem się przedziurawił i cenny płyn ucieka :) Jedziemy dalej i tak raz jadąc a raz pchając rower dotarliśmy na drugi brzeg.

Miejsce jest bardzo fajne. Droga, która do niego prowadzi ciągnie się między dwoma wzgórzami i tuż nad wodą rozszerza się na małą dolinkę u brzegu Bajkału. Na miejscu zastajemy kilku ludzi, którzy także tu przyjechali na piknik, stoi nawet jakiś namiot, a także nasz poznany w drodze Australijczyk. Rozkładamy się i zaczynamy szukać drewna na ognisko, co by jakąś strawę uwarzyć i wodę na herbatę dla Joasi i Tomka ugotować. Wokół wszystko co suche raczej przetrzebione, ale udaje się nam znaleźć trochę gałęzi i już po chwili mamy ognisko, a na nim gotuje sie czerwona fasola z tuszonką :)

Tak sobie siedzimy, rozmawiamy i marzymy o zimnym piwku. I oto jest! Zagadujemy do Australijczyka i ten wraz ze swoją pasażerką dosiada się do nas przynosząc w prezencie dobrze schłodzone w samochodowej lodówce piwko :) Okazuje się, że w drodze jest już od paru lat. Zaczął od południa Afryki, przejechał przez nia do Europy, tam zatrzymał się na niecały rok w Niemczech, by pracując podreperować trochę finanse i teraz przez Rosję zmierza do Chin. Trochę zdziwiony jestem, że uadło mu się załatwić wjazd do tego państwa własnym środkiem transportu. Mówił, że nie było to łatwe i wiąże się np. z tym, że na granicy musi wziąć ze sobą do samochodu chińskiego “przewodnika”, który będzie mu towarzyszył przez cały czas pobytu. Będzie musiał go utrzymywać, zapewniać nocleg i jedzenie - masakra :) Pytamy się też o jego towarzyszkę (widać na oko, że sporo młodszą ;) ) czy od początku z nim jedzie i tu potwierdzają się moje pierwsze obserwacje, że jest to autostopowiczka :) Pochodzi ze Szwajcarii i zabrała się z nim gdzieś w Rosji.

Chużyr z lotu ptaka.Po jedzeniu i piwku zbieramy się w podróż powrotną. Wg mapy mamy możliwość mniej więcej od połowy trasy jechać inną drogą i skwapliwie z tego korzystamy. Dzięki temu do Chużyru dojeżdżamy od strony wzgórza i możemy pocykać parę zdjęć z góry.
Na sam koniec przytrafia się nam niemiła niespodzianka - drugi wjazd do wioski, od lasu, jest cały zasłany śmieciami. Przez dobry kilometr w lesie jak wzrok sięga walają się wywożone tam przez mieszkańców śmieci. Widok poraża i każe się zastanowić, jak ta wyspa będzie wyglądała za parę lat, jak tak dalej pójdzie.

Wyprawa zajęła nam prawie cały dzień, więc szybko oddajemy rowery do wypożyczalni, śmigamy na kolację a potem do bani na terenie hostelu. Tutejsza bania niestety elektryczna, czyli woda podgrzewana jest grzałką w metalowej beczce, więc trochę lipa. Wieczorem już tradycyjnie piwko nad brzegiem Bajkału.


Dzień 14, poniedziałek, 1 sierpnia 2011, wyspa Olchon - Ust Barguzin

Dzisiaj wyruszamy na Święty Nos. Statek, wodolot, czy też prom ma być około godziny 14.00 więc mamy spokojnie czas na spakowanie się i przygotowanie do podróży. Zaliczamy też ostatnie wyjście do knajpki na kopczenego omula i piwko.

I jest. Strasznie dziwna konstrukcja: dwa kadłuby, pomiędzy nimi poduszka. Dzięki temu może tak blisko plaży podpłynąć. Te ruskie wynalazki :)Mamy trochę wątpliwości, co do tego w które miejsce podpłynie nasz środek transportu. W sumie jest port, “trochę” zdezelowany, ale jest. Nina twierdzi, że statek podpłynie na plażę obok Szamanki. Jesteśmy trochę zaniepokojeni, bo niby jak tam wleziemy na niego? Łódkami nas będą wozić, czy jak? Pewności nam dodaje jednak widok innych pasażerów i UAZów, które czekają w pobliżu plaży.

Oczywiście nie ma innej możliwości jak to, że statek się spóźni. Odpalamy więc piwa, które były na podróż (na szczęście jest więcej) i czekamy. W końcu coś się pojawia na horyzoncie i szybko się zbliża. Takiego wynalazku to jeszcze nie widziałem. Z wrażenia zapomniałem robić zdjęcia :) Podpłynęło coś na kształt skrzyżowania katamaranu, wodolotu i poduszkowca. Dwukadłubowe coś, które z oddali poruszało się mocno wynurzone ze sporą prędkością, gdy zwolniło, to zanurzyło się głębiej i wtedy można było dostrzec gumowy fartuch pomiędzy kadłubami. Gdy ustrojstwo zaczęło się zbliżać do plaży to pod ten fartuch zaczęto tłoczyć powietrze i całość uniosła się nad wodę, tak że ruski wynalazek mógł podpłynąć 2m od linii brzegowej. Załoga z dziobu zrzuciła trap i gdy wyszli przybywający na wyspę pasażerowie, weszliśmy na pokład.

Chcieliśmy zostać na dziobie by popatrzeć, jak odbijamy, ale pani stewardesa pogoniła nas do środka, ponieważ nie można przebywać na dziobie. W środku statek wygląda jak samolot, dwa rzędy po pięć foteli lotniczych, z tyłu jakiś barek, kuchnia i przejście na rufę. Z przodu tylko drzwi wejściowe i okna. Generalnie bardzo fajnie i nawet czysto :) Bagaże wszyscy rzucili w kąt na dziobie i udaliśmy się kupić bilety. To właśnie trochę dziwne jak na Rosję, bo bilety kupowaliśmy dopiero jak odbiliśmy od brzegu, więc nawet jakbyśmy nie mieli pieniędzy to raczej by nas nie wysadzili na środku Bajkału. Chyba :)

Po kupnie biletów (1800r)  wszyscy wybraliśmy się na rufę, gdzie można było wyjść na zewnątrz, by podziwiać Olchon od strony wody. Statek płynął z zaskakująco dużą prędkością jak na tak dużą jednostkę. Wiało na rufie niemiłosiernie, ale i tak spędziliśmy tam w sumie prawie połowę rejsu, stojąc pomiędzy kominami i podziwiając widoki.

Idziemy pieszo do gospodarstwa turystycznego, Marta z plecakami dziewczyn pojechała samochodem.Gdy nam się znudziło, to zeszliśmy do środka, by coś zjeść z naszych zapasów i poplanować co dalej. Joasia z Tomkiem chcą iść na Górę Makarowa i chyba pójdziemy razem z nimi.

Do Ust Barguzin dopływamy około 21.00 i już ledwo po zejściu na ląd łapie nas jakaś Rosjanka z propozycją noclegu. Cena pasuje (400r za miejsce w pokoju, 200 za namiot) więc się zgadzamy. Na miejsce jest kawał drogi, ale właścicielka hostelu przyjechała osobówką, więc do samochodu mieszczą się tylko plecaki dziewczyn i Marta. Reszta idzie pieszo.

Ust Barguzin to małe miasteczko, czy też spora wieś z jedną jedyną asfaltową drogą, reszta to szerokie szutrówki. Wędrujemy pośród drewnianych domów, przy każdym ustawione pryzmy drewna na zimę, trochę zdezelowanych pojazdów, generalnie bardzo podobnie do Chużyru. Sam hostel został zorganizowany w gospodarstwie właścicieli. W przewodnikach i na stronach internetowych znany jest jako Hostel Aleksandra Bekietowa, pracownika Zabajkalskiego Parku Narodowego. Pokoje do wynajęcia są w domkach na tyłach gospodarstwa, gdzie mieści się także budynek kuchni z jadalnią, bania (a dokładnie 4, bo właściciel jest ich miłośnikiem) i miejsce na ognisko. Ania z Martą decydują się na pokój, my wraz z Joasią i Tomkiem wreszcie rozbijamy namiot :)

Udajemy się do sklepu 24h (w każdej większej wiosce jest taki) na niezbędne zakupy, znaczy się po piwo na wieczór i coś do jedzenia. Z właścicielami załatwiamy na rano busa, który zawiezie nas na półwysep i resztę wieczoru spędzamy przy ognisku i kolacji na nim ugotowanej. Przy okazji poznajemy Amerykankę, która na stałe mieszka w Turcji (prowadzi tam jakiś swój mały odzieżowy interes), a teraz samotnie wybrała się pozwiedzać Syberię i także zamieszkała u Bekietowa.


Dzień 15, wtorek, 2 sierpnia 2011

Oto i nasz prom, czyli wielka barka ciągnięta przez małą motorówkę :)Ust Barguzin położone jest przy ujściu rzeki Barguzin do Zat. Barguzińskiej. Aby dostać się na Święty Nos trzeba pokonać promem rzekę oddzielającą miasto od piaszczystej mierzei półwyspu. Bus pojawia się po nas o 8.00, pakujemy się szybko i wyruszamy. Po drodze zahaczamy jeszcze o sklep, by zaopatrzyć się w prowiant na 2 dni, ponieważ wejście na górę planujemy okrężnym szlakiem.
Dojeżdżamy do przeprawy promowej i w sumie już nie powinno nas nic dziwić, ale kolejny raz zostajemy zaskoczeni. Prom to spora barka, na którą wchodzi około 10 samochodów plus piesi i pasażerowie. Nie ma ona swojego napędu i od jednego brzegu do drugiego ciągnie ją z 10 razy mniejsza motoróweczka. Wygląda to przekomicznie, gdy ogromną barkę, załadowaną po brzegi holuje skromna łódeczka :) Moc ma jednak wielką, co słychać po odgłosach silnika i zanurzeniu rufy, jak zaczyna ciągnąć barkę. Pełni podziwu jesteśmy dla umiejętności sternika motorówki, które pozwalają mu podczas przybijania do brzegu z wielką precyzją manewrować barką.

Po przeprawie jedziemy wzdłuż brzegu mierzei. Po drodze zaliczamy punkt kontrolny, na którym trzeba zapłacić za wjazd i wejście na teren parku narodowego, który obejmuje cały półwysep. Docieramy do rozstaju dróg, Ewa, Joasia, Tomek i ja wysiadamy tutaj, by dalej iść pieszo szlakiem przez Glinkę, Ania i Marta jadą dalej do Monachowa.

Zarzucamy plecaki na siebie i ruszamy w drogę. Postanawiamy iść wzdłuż brzegu Bajkału tak jak wskazuje szlak, następnie odbić w góry, przejść z powrotem szczytami na Górę Makarowa i z Makarowa na dół. Część bagaży zostawiliśmy w Ust Barguzin, ale i tak coś za ciężkie mamy plecaki, więc gdy mijamy szlak prowadzący z Makarowa, to odbijamy na chwilę w głąb lasu i zbędne rzeczy (jak się okaże i tak za mało :) ) chowamy w dziurze pod liśćmi i gałęziami.

Szlak wiedzie wzdłuż brzegu, ale nie jest w ogóle oznaczony. Poza tym od 2 lat (od czasu pożaru, który wybuchł na zboczach) jest zamknięty dla turystów, jednak niezbyt się tym przejmujemy, ponieważ z informacji zdobytych od miejscowych dowiedzieliśmy się, że nie ma tragedii i tylko niewielki kawałek będziemy musieli przejść po pogorzelisku. Według mapy szlak odbija w stronę szczytów obok strumienia. Docieramy do jakiegoś, ale nic nie wskazuje, że to tutaj, droga w górę całkowicie zarośnięta. Idziemy więc dalej i dopiero przy trzecim, stanowczo większym od pozostałych strumieniu widzimy oznaki, że to ten właściwy. Od tego momentu szlak zaczyna wspinać się w górę.

Początkowo trasa nie jest zbyt stroma i ciężka, pojawiają się też od czasu do czasu czerwone oznaczenia szlaku, a nawet znaki drogowe :) Idziemy dość sprawnie wzdłuż strumienia. Zaczyna się robić coraz gęściej i widać że dawno nikt tędy nie chodził. Dziewczyny rozglądają się za grzybami i nawet znajdują parę :) Jest dość gorąco, ale na szczęście póki co mamy skąd czerpać wodę. Mniej więcej od połowy podejścia robi się coraz trudniej i ciężko odnaleźć szlak, jednak od czasu do czasu napotykamy różne znaki świadczące, że zdążamy we właściwym kierunku. Czasem jest to czerwona farba na drzewie, czasem sterta kamieni a czasem papierki po cukierkach lub inne śmieci pozostawione przez innych wędrowców.

Kończy się las i zaczyna się robić naprawdę stromo. Chyba gubimy też szlak, albo oznaczeń nikt dawno nie odnawiał. Przydaje się doświadczenie Tomka, który idzie pierwszy i wynajduje przejścia. Zostawiamy za sobą strumień i od tej pory wody mamy tyle co zabraliśmy w butelkach po napojach. Zaczynamy się wspinać skalnym żlebem wyrytym pewnie przez osuwający się lód po zimie i wodę z roztopionego śniegu. Przerwy na odpoczynek robimy coraz częściej. Jest gorąco, chce się pić i plecaki coraz bardziej ciężkie. Zaczynam żałować, że w dziurze na początku wyprawy nie zostawiłem więcej pierdół :) Jedynie Tomek z kondycją po wyścigach rowerowych biega wokół nas i zagrzewa do walki :)

Końcówka podejścia to w ogóle jakaś masakra. Gołe, pokruszone i niestabilne skały z rzadka porośnięte czymś na kształt naszej kosodrzewiny. Staram się nie oglądać za siebie, bo jest naprawdę bardzo stromo i wysoko. Odwrotu raczej niema, bo nie wyobrażam sobie jak by można było schodzić w dół po tym terenie. Ciągniemy resztką sił i Tomkiem, który nie daje nam się poddać i nawija jak najęty :) Bez niego było by o wiele ciężej, zwłaszcza, że zabiera ode mnie do swojego plecaka aparat. Chowam swoją dumę do kieszeni, bo z każdych kilogramów mniej w plecaku się cieszę :) Ostatnie kilkaset metrów, to 3, 4 kroki i odpoczynek, parę następnych i znów chwila oddechu, od czasu do czasu dłuższy oddech na stojąco przytuleni do skał, normalnie jak jacyś alpiniści na Evereście, tylko że 6000m niżej :) Plecak wraz z namiotem też nie pomagają. Ewa idzie przede mną i daje radę, ale widać, że też powoli ma już dosyć.

Zbliża się wieczór i zaczyna się ściemniać. Mówię, że jak wczłapiemy się w końcu na grań, a z drugiej strony też będzie taka stromizna, bez żadnego wypłaszczenia, to i tak nie dam rady dalej iść i mam zamiar kimać choćby przywiązany do jakiś korzeni :) W końcu docieramy na szczyt i jest, jest płasko! Mamy gdzie rozbić namiot i zrobić ognisko :) Jestem tak wykończony, że nawet nie mam sił się zbytnio cieszyć, ale satysfakcja, że daliśmy radę zawlec tu swoje ciężkie dupy jest ogromna.

Rzucamy toboły na ziemię i przedzieramy się przez krzaczory na drugą stronę wypłaszczenia, by w ostatnich promieniach słońca zobaczyć jak półwysep wygląda z drugiej strony. W oddali widzimy wyspy Uszkanie, które są największym siedliskiem bajkalskich fok, zwanych nerpami. Oczywiście nikt nie zabiera aparatu i zdjęć nie ma, bo już się nikomu nie chce wracać po sprzęt, a i tak robi się ciemno i trzeba się ogarnąć z noclegiem.

Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak wyczerpany, ledwo stoję na nogach i jest mi zimno, chociaż temperatura ok. Staram się pomóc w zbieraniu drewna na ognisko, ale kiepsko mi to idzie :) Zabieram się za rozkładanie namiotu, Ewa w tym czasie przygotowuje do kolacji znalezione grzyby, Joasia z Tomkiem rozkładają swój namiot i rozpalają ognisko. Na kolację będzie najpierw gorąca herbata (bo nie będzie w czym - musimy oszczędzać wodę - umyć głębokiej pokrywki w której gotujemy wodę i przyrządzamy jedzenie), potem tuszonka z fasolą, a na koniec grzyby usmażone na tłuszczu z tuszonki :) Ja nie jestem wstanie dotrwać do grzybów (które podobnież były rewelacyjne) i idę spać.


Dzień 16, środa, 3 sierpnia 2011

Sholl na nogi i można iść dalej :) Do Góry Makarowa mamy jeszcze parę godzin.Rano około 8.00 pobudka, szybko się ubieramy, zbieramy śmieci, składamy namioty i pakujemy. Mały łyk wody (trzeba racjonować) i ruszamy w drogę. Plan na dzisiaj to dotarcie wzdłuż grzbietów gór do Makarowa, a następnie zejście na dół. Obawiałem się, że do rana nie odzyskam sił, ale jest git i mogę śmiało zasuwać dalej :)

Ruszamy wzdłuż grzbietu wybierając drogę na oko :) Wędrujemy od wzniesienia do wzniesienia. Od czasu do czasu pojawiają się oznaczenia szlaku w postaci kupki kamieni ustawionych jeden na drugim przez jakąś dobrą duszę, dzięki temu wiemy że zmierzamy dobrą drogą. Zaczynają się pojawiać ślady pożaru, który miał miejsce 2 lata temu. Słońce praży niemiłosiernie i zaczyna brakować wody. Przechodząc przez kawałek płaskiego terenu Tomek dostrzega w oddali, poniżej nas coś połyskującego na ziemi. Być może to woda. Nie ma sensu, byśmy się tam wszyscy pakowali, zwłaszcza że może się to okazać tylko jakąś stęchłą kałużą lub w ogóle czymś innym. Tomek oferuje, że zostawi plecak i zejdzie z butelkami sprawdzić co to jest, my idziemy kawałek dalej, na wzniesienie gdzie jest choć trochę zielonego i kawałek cienia.

Siadamy pod małą skałką i z oddali obserwujemy malejącą postać Tomka, który śmiga w dół, a potem wraca do nas. Wysiłek włożony przez niego opłacił się, zostajemy zaopatrzeni w dostawę świeżej wody, która sączyła się spomiędzy skał i utworzyła małą kałuże na skale. Jeszcze chwila oddechu dla Tomka, po połówce jabłka i ruszamy w dalszą drogę.

Powoli, po paru godzinach, dochodzimy do szczytu Góry Makarowa i z daleka widzimy na nim jakieś postacie. Jestem na 100% pewny, że to Polacy, proponuję nawet zakład w tej materii.

Jak na księżycu.Cali szczęśliwi i zadowoleni z osiągnięcia docieramy w końcu na szczyt. Ludzie, których widzieliśmy z oddali, to rzeczywiście 3 Polaków i paru Rosjan. Spotkaliśmy ich z resztą wcześniej na promie z Olchonu do Ust Barguzin. Idą tym samym szlakiem co my, ale w drugą stronę. Na wejście zabiła ich Ewa, która na pytanie zadowolonych i dumnych z siebie (i nie bez powodu w sumie) wspinaczy, jak droga w porównaniu do innych, odpowiedziała rozbrajająco, że w sumie nie wie, bo pierwszy raz wybrała się w góry :) No troszkę im miny zrzedły :) Po naszych opowieściach odpuszczają i postanawiają wracać szlakiem, którym przyszli, zwłaszcza, że nie mają zbyt wiele czasu, a naszym zdaniem nie dali by rady do wieczora wrócić do Ust Barguzin, na czym im zależy.

Chłopaki nocowali w pobliżu szczytu i dzięki nim dowiadujemy się o pobliskim źródełku wody. Radzą też by się opić wody ile wlezie i zabrać jak najwięcej, bo przez całą drogę w dół nie ma nic mokrego. Zasiali też trochę niepokoju, bo mówią, że ta część szlaku jest delikatnie mówiąc przerąbana: stromo, sucho, ślisko i gorąco. My jesteśmy przekonani, że już nie może być gorzej niż było, ale trochę się pomyliliśmy :)

Polacy wraz z Rosjanami ruszają w dół, my robimy sobie popas na szczycie. Idziemy do źródełka nabrać wody (źródło to wysączająca się z trawy i błota woda, ale jest zimna, co znaczy, że płynie a tym samym jest świeża). Wypijamy ile wlezie i napełniamy butelki. Joasia z Tomkiem robią jeszcze krótką wycieczkę w stronę sąsiedniego szczytu.

W sumie zbumelowaliśmy 2h i najwyższy czas ruszać w drogę na dół. Szlak wiedzie wzdłuż skalistej grani, więc nie jest lekko. Po lewej prawie pionowa ściana, z prawej przepaść i smaży słońce. Wkrótce zaczyna się też pogorzelisko - do piachu i pyłu dołącza popiół i pozostały jeszcze lekki smród spalenizny. Pić się chce niemiłosiernie, ale wodę wydzielamy sobie po łyku, płucząc dokładnie usta. Schodzimy cały czas po kamieniach, trzeba uważać na każdy krok bo w dół daleko. Niejednokrotnie strach mi ściska tyłek, gdy trzeba skoczyć z kamienia na kamień. Całe szczęście, że skały są bardzo szorstkie i trudno o poślizg, ale trzeba sprawdzać, czy czasem się nie ruszają i zaraz nie osuną.

Mijamy wzniesienie za wzniesieniem, ciągle z nadzieją, że za kolejnym już zacznie robić się płasko. Cichną rozmowy, nawet Tomek już coraz mniej mówi, jednak ciągle nas dopinguje. Mijamy w pewnym momencie Rosjan, którzy na pusto idą do góry. Wcale nie pocieszają nas, mówią że w dół jeszcze 3h, naszym tempem będzie to z 5 :) Zaczyna się rzadki, bez niskiej roślinności, nadpalony las, ale wcale nie jest łatwiej, bo na skałach pojawia się piasek i szuter. Jest bardzo stromo i nietrudno o poślizg. Odbijamy się tylko od drzewa do drzewa łapiąc się osmalonych pni i gałęzi. Mijają nas kolejni Rosjanie - ojciec z synem śmigają do góry. Trochę się dziwimy, że o tej porze, ale okazuje się, że chcą dojść tylko do połowy.

Zaczynają mnie ostro napierniczać palce stóp od ciągłego hamowania na zboczu (teraz wiem, że do takich wypraw trzeba kupować większe o numer/dwa buty). Ewa też coraz słabiej się trzyma, zaczyna schodzić tyłem, ponieważ nie daje już inaczej rady. Tomek zabiera od niej część rzeczy z plecaka. Nie wiem czy bez niego dalibyśmy radę. Cholernie chce się pić, jeszcze nigdy tak mi woda nie smakowała, nawet te ciepłe resztki wydzielane po łyku, które mieliśmy w plastikowych butelkach, są niczym zimne piwo z kufla.
Brniemy dalej i w końcu zaczyna się robić mniej stromo, las gęstnieje, jest chłodniej. Doganiają nas wracający ojciec z synem (Michaił i Kostia). Rozmawiamy chwilę i dalej wracamy już razem, przyczym Michaił narzucił niesamowite tempo, a komary chciały nas zeżreć :) Na dole ma samochód i proponuje podwózkę na mierzeję i wspólny nocleg pod namiotami. My na to jak na lato :) Reszta drogi zajmuje nam jeszcze z jakąś godzinę. Dochodzimy do samochodu Michaiła, plecaki ładujemy na dach terenówki, dziewczyny do środka, a Tomek ze mną na pieszo. Michaił chce jeszcze podjechać do strumienia, który wczoraj mijaliśmy. Woda z niego ma ponoć lecznicze właściwości. Docieramy z Tomkiem do miejsca gdzie zostawiliśmy część rzeczy i z niemałym trudem je odnajdujemy :) Następnie rzucam się do jeziora i piję wodę prosto z Bajkału :)

Zbieramy się dalej, mamy jeszcze kawałek do przejścia, ale już po płaskim :) Dochodzimy na plażę i czekamy na samochód z dziewczynami i bagażem. Potem szybko rozbijamy namioty i zabieramy się za mycie w lodowatej wodzie Bajkału. W tym czasie Michaił rozpala ognisko i przygotowuje w jednym kociołku herbatę z nazbieranych przez siebie po drodze ziół, w drugim zupę z jakichś swoich zapasów z domieszką naszych. Herbatę mieszamy z koniakiem - grzeje nieźle, co na brzegu zimnego jeziora bardzo się przydaje, zwłaszcza że już ciemno i zrobiło się zimno.

Przy ognisku mija nam powoli czas, ale robi się późno i jesteśmy wyczerpani, a jutro czas w dlaszą drogę, więc idziemy spać.


Dzień 17, czwartek, 4 sierpnia 2011

Dzisiaj niestety rozstajemy sie z Joasią i Tomkiem, mają lot z Irkucka do Moskway parę dni wcześniej od nas, więc chcą zostać jeszcze na Świętym Nosie 1 dzień, potem wracają. My zabieramy się razem z Michaiłem do Ust Barguzin.

Wysiadamy koło znanego już nam sklepu 24h, robimy zakupy i wracamy do hostelu, gdzie są już Ania i Marta. Padam z nóg, jedna noc nie wystarczyła na odpoczynek. Rozbijam namiot i zamawiamy sobie banię. Pani rozpala nam w piecu, ale wodę już trzeba samemu nanieść, więc latam ze 20 razy z dwoma wiadrami od studni do bani. Ewa w tym czasie robi pranie, bo powoli kończą się nam czyste rzeczy.

Kuchnia w gospodarstwie gdzie nocowaliśmy, chyba ze dwa dni odzyskiwaliśmy siły. Jutro rano jedziemy do Iwołgińska.Pierwszą banię zaliczyliśmy już na Olchonie, ale tam była elektryczna, znaczy się wodę grzała grzałka. Tutaj prawdziwa ruska bania, zbudowana z drewna, która ma dwa pomieszczenia. W pierwszym od wejścia ławeczka, wieszaki na ciuchy i dostęp do pieca, w następnym pomieszczeniu na piecu jest zbiornik z wodą, a wokół komina tuż przy piecu poukładane kamienie, na które leje się wodę. Obok beczka na zimną wodę, a w podłodze szczelina przez którą spływa rozlana woda. Do tego ławka i rondelki do nabierania wody.
Nahajcowaliśmy porządnie i z trudem bo z trudem, ale daje się wytrzymać w środku. Jazda zaczyna się dopiero po polaniu kamieni wodą. Unosząca się para powoduje, że temperatura staje się nie do wytrzymania, pewnie trzeba regularnie korzystać i się przyzwyczaić, więc nie za często fundujemy sobie parę :) Do mycia mieszamy w rondelku wrzątek z pieca z zimną wodą z beczki. Na koniec rozgrzani polewamy się zimną wodą, ale tylko raz, chociaż powinno się na zmianę zimną i gorącą :) Po trudach górskiej wycieczki jest rewelacyjnie.
Po bani idziemy na kolację, za którą też musieliśmy zapłacić osobno (100r) i wieczór spędzamy przy ognisku i piwku.

W międzyczasie toczyły się dyskusje co robimy dalej. Gospodarze organizowali na jutro wycieczkę do Dolliny Barguzińskiej, ale swoją zachłannością pod względem ceny wycieczki i ogólnym niezbyt przyjemnym zachowaniem (wywalili z domku np. poznaną wcześniej Amerykankę, ponieważ zajmowała dwuosobowe miejsce płacąc za jedno, a miała się wprowadzić dwójka innych turystów, też Amerykanów. Chęć zysku została jednak ukarana, bo okazało się, że jednak nie dotrą na miejsce, więc są w plecy z kasy od Amerykanki) zniechęcili nas do tego pomysłu. Postanowiliśmy więc udać się jutro do Ułan Ude i do dacanu w Iwołgińsku, centrum buddyjskiego w Rosji.


Dzień 18, piątek, 5 sierpnia 2011

Rano pojawił się po nas autobus zamówiony wcześniej przez panią z hostelu (jak wcześniej już wspominałem, na Syberii kierowcy autobusów zbierają pasażerów po miastach i wioskach). W środku było już paru pasażerów, a po drodze przez kolejne wsie i miasteczka autobus zapełnił się całkowicie.

Nasza przyjaciółka - pocieszny szczeniak właścicieli kwater.W Ułan Ude wysiedliśmy na dworcu kolejowym i złapaliśmy marszrutkę w stronę Iwołgińska. Jeszcze jedna przesiadka w jakiejś wiosce po drodze i dzięki poznanemu przez Martę w marszrutce Rosjaninowi (były wojskowy imieniem Idel, który przybył do Iwołgińska oddawać się medytacjom) trafiliśmy na miejsce i znaleźliśmy nocleg.

Trafił nam się świeżo postawiony drewniany budynek, w którym nocowało już paru rosyjskich turystów wraz z Idelem. Dostaliśmy 4-osobowy, czysty, pachnący drewnem pokój. Dzisiaj ze zwiedzania już nici, ponieważ zbliża się wieczór, więc tylko robimy sobie kolację i korzystamy z bani. Banię pomaga nam przygotować Idel, który jest tutaj już od paru tygodni i ma zamiar zostać do końca sierpnia. Bania jest wyjątkowa, bo bardzo stara i nie wiedzieć dlaczego, strasznie niska, tak, że nie mogę się wyprostować. Może dawniej ludzie mieszkający tu byli niżsi, a może oszczędzano drewno na budowę. Rozpalając piec urządzamy sobie z Idelem pogawędkę na tematy polityczne i nie tylko. Po bani jeszcze pogaduchy, jakieś piwko i idziemy spać.


Dzień 19, sobota, 6 sierpnia 2011

Rano wita nas zachmurzone niebo i siąpiący deszcz. Pakujemy plecaki, zostawiamy je w pokoju i udajemy się na zwiedzanie dacanu. Dacan ten to centrum religijne i kulturalne buddystów w Rosji. Składa się z kilku, czy też kilkunastu świątyń i klasztorów, w których mieszkają i medytują mnisi. Zwiedzamy główną świątynię i następuje przerwa na dobrą godzinę - dziewczyny dopadły stoisko z pamiątkami i biżuterią :) Obchodzimy cały dacan i niestety dla mnie wszystkie kramiki ze świecidełkami. Pożytek z tego taki, że zanabyliśmy pamiątki dla rodziny i znajomych :)

Po zwiedzeniu dacanu wracamy po plecaki i pakujemy się w marszrutkę do Ułan Ude. Na miejscu (dworzec kolejowy) jesteśmy około 15.00. Plan jest taki, żeby do następnego celu podróży - Sljudianki - jechać nocą, dzięki czemu zaoszczędzimy na noclegu. Kupujemy więc bilety na pociąg o 23.00 na wagon obszczij (czyli wspólny w wolnym tłumaczeniu), zostawiamy plecaki w przechowalni i ruszamy na zwiedzanie miasta.

Zmierzamy w kierunku głównej ulicy w centrum Ułan Ude, jest to deptak z wszelkiej maści sklepami, ulicznymi artystami i straganami. Na dojście schodzi nam ze 40min., bo z dworca wcale blisko nie jest. Spacerujemy sobie spokojnie i na luzie, Ania z Martą robią kolejne pamiątkowe zakupy, tym razem spore i całkiem ciężkie - ceramiczne podstawki, czy tam coś w ten deseń. Zaczyna zachodzić obawa, że przekroczą wagę bagażu do samolotu :) Po obejściu okolic deptaka szukamy knajpki z dobrym jedzeniem. Przewodnik kieruje nas w jedno miejsce i po dłuższych poszukiwaniach udaje się nam je znaleźć, choć knajpka zmieniła nazwę.

Po posiłku ruszamy na poszukiwanie głowy Lenina, czyli ogromnej, prawie 8mio metrowej, 42u tonowej rzeźby głowy Włodzimierza. W końcu jest, rzeczywiście ogromna i robi takie samo wrażenie. Rysy twarzy zostały trochę poprawione na trochę buriackie, gdyż w stolicy buriackiej jesteśmy. Obowiązkowa fotka i powoli zmierzamy z powrotem na dworzec.

Kibelek jak z PRLu. Pieniążek i w zamian kawałek srajtaśmy :) Zmianą jest to, że dodatkowo dostajemy paragon fiskalny! :)))Na dworcu bliskie spotkanie z czasami komuny, czyli dworcowym kibelkiem. Normalnie jak za czasu PRL: płaci się pani przy wejściu i dostaje kawałek papieru toaletowego :) Różnica taka, że oprócz srajtaśmy zostaje nam wręczony paragon z kasy fiskalnej. Myślałem, że upadnę ze śmiechu :)

Odbieramy plecaki, siadamy na chwilę na piwo i jakieś frytki w przydworcowej knajpce i potem udajemy się na peron. Pociąg już czeka, więc pakujemy się do wagonu i tu lekkie zaskoczenie. Miejsca w obszczim kupiliśmy, więc spodziewaliśmy się czegoś na kształt naszych wagonów bez przedziałów. Ku naszemu zaskoczeniu był to wagon z przedziałami i miejscami do spania, taki jakim jechaliśmy z Moskwy, ale po prostu bez pościeli i każdy siada gdzie chce. Pojawił się problem, bo pasażerowie się porozsiadali i generalnie my z naszymi plecakami nie bardzo jak mamy się gdzieś wepchać. W jednym z przedziałów jechało tylko dwóch Rosjan, początkowo nie chcieli nas wpuścić ale dziewczyny wynegocjowały miejsca dla nas :)

Panowie siedzieli sobie już przy piwku i skwapliwie nas nim poczęstowali, nie było więc wyjścia jak kupić jakieś i też poczęstować. Nie było mowy początkowo o spaniu, bo Rosjanie się rozgadali, a słysząc ich historię nam też nie spieszyło się do spania, bo od zdania do zdania (wyszło z tego, że tęsknią za dziećmi, bo rozwiedzeni są) okazało się, że obaj mają za sobą parę latek w ciupie :) Zwłaszcza jeden z nich był trochę agresywniejszy, ale na szczęście szybko się ululał piwem i poszedł spać, natomiast ten drugi, trochę spokojniejszy widząc, że ledwo na oczy patrzymy, dał nam spokój :) W ten oto sposób, zmęczeni, połamani od niewygodnego spania, dojechaliśmy skoro świt do Sljudianki.


Dzień 20, niedziela, 7 sierpnia 2011


Centrum SljudiankiGdy wysiadaliśmy z pociągu było jeszcze ciemno. Dworzec w Sljudiance należy do jednych z najpiękniejszych na trasie transsibu. Wykonany jest z białego marmuru, wydobywanego w pobliskiej kopalni, zadbany, chodniki brukowane - pierwsza klasa. Ładujemy się do środka, ale oprócz kilku ludzi kimających na ławkach nikogo nie ma i  wszystko, łącznie z kasami zamknięte. Udajemy się więc na poszukiwanie jakiegoś noclegu. Przechodzimy nad torowiskiem w stronę centrum i naszym oczom ukazuje się postój taksówek :) Jest wcześnie, my w ogóle nie zorientowani w mieście, mamy tylko 3 adresy noclegów z przewodnika, więc decydujemy się wziąć taryfę. 2 z 3 adresów to pudło i trafiamy na koniec do schroniska przy muzeum mineralogicznym (200r za osobę w zbiorowym pomieszczeniu na pryczach plus darmowa bania). I niespodzianka! Spotykamy w środku poznanych wcześniej na szczycie Makarowa Polaków. Właśnie zbierają się do wyjścia na Pik Czerskiego, żegnamy ich chwilę później, ale jeszcze tu wrócą.

Rozpakowujemy się, chwila odpoczynku i wyruszamy na piesze zwiedzanie Sljudianki i na dworzec by kupić bilety na Krugobajkałkę (stara linia kolejowa, wiodąca nad brzegiem Bajkału) do Listwianki.

Sljudianka nie różni się zbytnio od innych rosyjskich miast - zaniedbanych i obskurnych. Ale mi się podoba. To jakaś drewniana zjeżdżalnia na podwórku, na której bawią się dzieciaki, park z zarośniętą fontanną i pomnikiem, szkoła wyglądająca tak, że nie dziwię się, że dzieci nie chcą do niej chodzić :) Jest klimat. Do tego ten dworzec kolejowy z marmuru i pięknie wypielęgnowaną okolicą, kontrast powala. W kasach kupujemy bilety na krugobajkalkę, a potem w sklepie obok dworca wciągamy pozy.

Wracamy do schroniska i za pośrednictwem właścicielki, czy też zarządczyni schroniska załatwiamy na jutro wycieczkę do Arszanu i po Dolinie Tunkińskiej. Naszym kierowcą i przewodnikiem będzie znajoma szefowej schroniska - Lena. Koszt to 6000r. Dzisiaj już nie za wiele dnia nam zostało, więc z Ewą korzystamy z bani (tutaj była najlepsza jaką spotkaliśmy, duża, wygodna, z wielkimi pomieszczeniami), jeszcze jakieś piwo kupione w drodze powrotnej no i do spania.


Dzień 21, poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Rano o 7.00 pobudka i o 8.00 wyjeżdżamy ze Sljudianki na wycieczkę będzie po terenach buriackich Rosji. Naszym pierwszym celem jest Arszan ze źródłem leczniczej wody i wodospadami w górach. Dojeżdżamy po około 2h i wyruszamy na pieszą wycieczkę najpierw do źródła wody, potem do wodospadu. Od rana nie czuję się najlepiej, zaczyna mnie brać jakaś grypa czy inne choróbsko, głowa boli i jest mi zimno, ale twardo wędruję :)

Źródło zlokalizowane jest na początku naszej wycieczki. Po drodze widzimy masę straganów z różnymi pierdołami, sprzedawane są także puste butelki i baniaki plastikowe na leczniczą wodę. Nasza przewodniczka twierdzi, że mamy szczęście, że jesteśmy w miarę wcześnie i jest wyjątkowo mało ludzi, bo zwykle do źródła ciągnie się kilkusetmetrowa kolejka, a my dzisiaj prawie sami przy źródle. Woda rzeczywiście ma jakiś inny, dość mocny smak, jest lekko gazowana i śmierdzi zgniłym jajem :) Nie wszystkim może pasować. Próbujemy i idziemy dalej, do wodospadu.
W górach nad Arszanem jest 12 wodospadów, my idziemy tylko do pierwszego, do którego prowadzi mocno zdeptana przez masy turystów ścieżka. Razem z Ewą czujemy jeszcze w nogach wysiłek z wejścia na Makarowa, ale dajemy radę. Wodospad jak wodospad, żadnej rewelacji :) Atrakcją jest chudziutki dziadek, który kąpał się u jego stóp w lodowatej wodzie. Robimy fotki i wracamy z powrotem. Oczywiście nie obeszło się bez wizyty na straganach ze świecidełkami :)

W miasteczku zatrzymujemy się na chwilę w knajpce, gdzie wciągamy łagmana - gęstą zupę z warzywami, mięsem i makaronem. Czuję się coraz gorzej, mimo słońca i prawie 30 stopni jest mi zimno i się trzęsę - niewesoło. Po drodze zatrzymujemy się w aptece i kupujemy jakieś ruskie gripexy.

Kierujemy się do Doliny Tunkińskiej, która znajduje się pomiędzy Tunkińskimi Golcami, a górami Chamar-Daban. Po drodze, za Arszanem a przed Tunką mają być wygasłe wulkany, ale z drogi widzimy jedynie lekko wystające, zarośnięte pagórki. Musiały baaardzo dawno temu wygasnąć, więc sobie je odpuszczamy.

W Tunce skręcamy w prawo i jedziemy wzdłuż rzeki Irkut podziwiając piękne widoki na góry po obu stronach. Po kilkudziesięci kilometrach kończy się nam asfalt i tempo podróży bardzo spada na wertepach rozjeżdżonych przez ciężarówki z budowy drogi. Dojeżdżamy do jakiejś miejscowości wypoczynkowej, ale jak to rosyjskie kurorty nie jest ona zachwycająca :) Jedyną atrakcją jest rzeka, która w tym miejscu płynie wartko zakolami. Jedziemy jeszcze dalej, coraz wyżej w góry, droga biegnie już w sumie przez tajgę i zatrzymujemy się przy buddyjskim dacanie z knajpką obok. Nasza pani przewodnik wchodzi razem z nami do Dacanu, kręci młynkami, coś tam szepcze, a my trochę zdziwieni, bo wydawało się nam, że jest prawosławna. Po drodze rzucała też przez okno samochodu drobniaki przy szamańskich totemach, co w ogóle nas zdezorientowało. Zagadujemy ją o to i okazuje się, że w tych okolicach, gdzie spotykają się 3 wierzenia, nikt raczej nie chce zadzierać z żadnym z bóstw i na wszelki wypadek “rozmawia” ze wszystkimi :) Wciągamy co nieco w knajpce i jedziemy z powrotem.
W drodze powrotnej skręcamy jeszcze do Żemczuga, gdzie są gorące źródła. Parking zawalony samochodami, masa ludzi. Ze mną coraz gorzej, więc zostaję w samochodzie, natomiast dziewczyny idą skorzystać z gorących źródeł. Szybko jednak wracają zawiedzione. Kąpieliska wyglądają mianowicie tak, że jest to dziura w ziemi obłożona deskami i w niej się tapla stado ludzi. Podobno mało zachęcająco to wygląda :)

Wracamy więc do Sljudianki wjeżdżając tylko po drodze na jedno ze wzniesień przy miasteczku, by podziwiać widok z góry. W schronisku spotykamy 3 Polki, które przyjechały tu s Petersburga i jutro idą na Pik Czerskiego. Ja ledwo na nogach się trzymam, łykam co tam mamy z lekarstw, Marta próbuje mnie leczyć swoimi ziołami, które ma od Tybetańczyka z Polski. Najgorsze jest to, że Ewę też zaczyna rozkładać to samo choróbsko. Kładziemy się spać, jednak noc nie należy do najciekawszych. Budzimy się co chwilę z Ewą, kości i stawy napierniczają, głowa podobnie, dreszcze, zimno nam mimo że spoceni, więc nakładamy co mamy suchego i staramy się przetrwać.


Dzień 22, wtorek, 9 sierpnia 2011

Rano czuję się trochę lepiej, natomiast Ewę całkiem rozłożyło jak mnie wczoraj. Niestety cały dzień spędzamy na pryczach by jako tako wydobrzeć, bo jutro jedziemy krugobajkałką do Listwianki. Zaczynam podejrzewać, że choroba dopadła nas przez skrajne wyczerpanie jakie sobie zafundowaliśmy wspinając się na Makarowa.

Wieczorem wracają chłopaki z Piku Czerskiego, od Michała dostaję antybiotyk, mam nadzieję że pomoże. Ewa nie chce, pozostaje przy ziółkach od Marty. Do schroniska przychodzi też grupa Rosjan. W mordę, jednemu tak jedzie z nóg i butów, że ciężko wytrzymać :) Jakoś zasypiamy.


Dzień 23, środa, 10 sierpnia 2011

Pobudka rano, Rosjan już nie ma, szybkie śniadanie, pakujemy się i zamawiamy taryfę na dworzec. Postanawiamy tak, bo Ania z Martą ze swoimi wyładowanymi suwenirami plecakami raczej nie dojdą. Ewa ze mną też jeszcze nie w pełni sił, chociaż choroba powoli mija. Chłpaki poszli wcześniej pieszo.

Na dworcu wsiadamy w krugobajkałkę - jest to tym razem zwykły pociąg z wagonami bez przedziałów. Jest póki co fajnie, bo luźno i sporo miejsca. Niestety mamy małego pecha, bo za chwilę do pociągu ładuje się jakaś wycieczka rosyjskiej młodzieży. Zaczyna się niezła zadyma - bilety mają przypisane numery miejsc, nasze były trochę rozstrzelone, ale usiedliśmy razem. Teraz zaczyna się przesiadanie, bagaże plecaki latają, torby spadają, wycieczka też z plecakami, nie ma się jak ruszyć - masakra jakaś. Wreszcie pada pomysł, by siąść jak komu pasuje i jakoś się wszystko uspokaja, wycieczka plecaki zwaliła przy drzwiach wagonu i jakoś jedziemy.

Trasa krugobajkałki jest częścią starej trasy łączącej Irkuck z Ułan Ude. Wiedzie tuż nad brzegiem Bajkału licznymi tunelami i tarasami wykutymi w skale. W co ciekawszych miejscach pociąg zatrzymuje się, można wysiąść, porobić zdjęcia, kupić coś do jedzenia od okolicznych mieszkańców, wykąpać się w Bajkale, albo przepłynąć motorówką. Bardzo przyjemnie. Cała podróż trwa 6h (jest też zwykła, pasażerska wersja krugobajkałki, która zatrzymuje się tylko na stacjach - jedzie 4h).

Około 19.00 dojeżdżamy do Port Bajkał (miasto po drugiej stronie ujścia Angary niż Listwianka) i idziemy śpiesznie na ostatni prom do Listwianki. Mało brakowało i byśmy się nie załapali. W pociągu oprócz rosyjskiej wycieczki jechała jakaś zorganizowana grupa turystów z 
zagranicy. Poszliśmy za nimi jak te cielęta, a oni mieli wynajęty dla siebie statek. Nie udało się nam wejść, ale nic nie podejrzewaliśmy, bo miał wrócić po resztę, a nam się wydawało, że to ten prom. Dopiero za drugim razem gdy podpłynął, ktoś nas uświadomił, że prom to w inne miejsce podpływa. Ledwo zdążyliśmy, a to był ostatni :) A, Ania z Martą zdążyły jeszcze w międzyczasie kupić 5cio kilowy blok chałwy :D

Prom po drugiej stronie przybija na samym końcu Listwianki, która ciągnie się wzdłuż brzegu Bajkału. Idziemy piechotą, bo na żaden autobus nie ma chyba co liczyć. Docieramy do pierwszych zabudowań i postanawiam zapytać się o ceny noclegu w pierwszym lepszym hotelu, wychodząc z założenia, że im bliżej centrum tym drożej będzie. Trafia się nam super pokój, wreszcie z normalną łazienką (sedes, prysznic, umywalka - od 4 tygodni nie widzieliśmy tego na oczy). Choćby cena była z kosmosu, to chyba bym dziewczyn nie wyciągnął dalej :) Na szczęście było rozsądnie - 3000 za noc całość.

Rzucamy plecaki i wybieramy się do centrum Listwianki pozwiedzać i na jakieś zakupy. Idziemy i idziemy, i idziemy, Litwianka jak była daleko tak jest. Postanawiamy z Ewą dać sobie spokój, jeszcze trzeba będzie wrócić przecież, a już ciemno się robi. Zahaczamy o sklep (8 jogurtów, 5 parówek, które z resztą od razu wywaliliśmy, bo nie dało się ich zjeść i 1 woda mineralna - 500r, czyli 50zł!!! - jakaś masakra). W hotelu jeszcze kąpiel i idziemy spać.


Dzień 24, czwartek, 11 sierpnia 2011

Dzisiaj czeka nas podróż do Irkucka, ponieważ wczesnym rankiem następnego dnia mamy samolot do Moskwy. Zanim jednak wyjedziemy wybieramy się jeszcze zwiedzić muzeum Bajkału. Bilety nie należą do najtańszych (360r), ale warto. Można obejrzeć w akwariach bajkalskie ryby, foki - nerpy, historię eksploracji jeziora, odbyć wirtualną podróż batyskafem na dno jeziora. Jest też laboratorium, w którym można pooglądać przez mikroskop drobnoustroje żyjące w Bajkale, między innymi stworzonka którym jezioro zawdzięcza swoją czystość. 
W cenie biletu jest także wejście do arboretum otaczającego muzeum, gdzie można pospacerować po drewnianych pomostach wspinających się na zbocze góry. Niestety przegapiliśmy fokarium z nerpami, dopiero później dowiedzieliśmy się o jego istnieniu.
Wracamy do hotelu po plecaki i stajemy przy drodze by złapać jakiś autobus do Irkucka. Zatrzymuje się zdezelowany autokar i ruszamy z prędkością przekraczającą przepisy, a na pewno sporo przewyższającą bezpieczną dla tego pojazdu :)

W Irkucku wysiadamy koło dworca autobusowego i ładujemy się do jakiejś jadłodajni, bo pada deszcz. Wciągamy fryty i hamburgery, potem Ania z Martą zostawiają Ewę i mnie z bagażami i idą na znane nam targowisko w poszukiwaniu kolejnych suwenirów. Gdy wracają, to siedzimy jeszcze chwilę w knajpie i około 22.00 zbieramy się na lotnisko. Nie wiemy jak się tam dostać, więc zahaczamy pierwszą lepszą marszrutkę, która stoi obok dworca i za rozsądne pieniądze jedziemy na miejsce. Mamy jeszcze sporo czasu, więc zasiadamy w prowizorycznie (brezentowy namiot) postawionej knajpce przed lotniskiem na parę piwek. Koło północy przenosimy się do poczekalni lotniska, tutaj znowu sklepiki z suwenirami :) Po obkupieniu się zalegamy na ławkach. Dziewczyny śpią ja pilnuję ich i dobytku.

Przed 6.00 zaczyna się odprawa, Ania z Martą mają małego stresa w związku z wagą swoich plecaków, ale łapią się z ledwością na limit bagażu (miały po 19kg z groszami na dozwolone 20 :) ) Mieliśmy pewne obawy co do tego jakim samolotem polecimy na wewnętrznych, nie znanych nam rosyjskich liniach (UT Air), ale okazało się że jest to porządny, w miarę nowy Boeing :) Lot trwa trochę ponad 6h i ze względu na różnicę czasu między Irkuckiem a Moskwą (5h) jesteśmy na miejscu tylko 1h po wylocie.


Dzień 25, piątek, 12 sierpnia 2011

Robi wrażenieTrochę niewyspani (zwłaszcza ja) wychodzimy z lotniska i Aeroexpresem (szybka linia kolejowa łącząca lotnisko z centrum Moskwy) w pół godziny jesteśmy w centrum na dworcu Kijowskim. Plecaki oddajemy do przechowalni i idziemy zwiedzać Moskwę. Pierwszy cel to słynne moskiewskie metro, z zabytkowymi i pięknymi stacjami. W przewodniku mamy wypisane, które koniecznie trzeba odwiedzić i zobaczyć. Bilet kosztuje 25r i można jeździć cały dzień, jeśli nie wychodzi się z metra.

Stacje rzeczywiście warte są zobaczenia. Każda inna, każda w innym stylu. To z rzeźbami, to z witrażami, to mozaiki na ścianach. Jest też trochę zabawy by opracować odpowiednią, w miarę optymalną, trasę po stacjach :)

W metrze schodzą nam ze 2-3h i w końcu wysiadamy na stacji Arbackaja i kierujemy się właśnie na słynną ulicę Moskwy o tej samej nazwie. Zgłodnieliśmy, więc zasiadamy w restauracji. Po posiłku ruszamy w stronę Kremla i Placu Czerwonego. Moskwa, a przynajmniej jej centrum, robi wrażenie. Jest nawet czysto, ogromne, zabytkowe budynki, w oddali czerwony Kreml, jest na co patrzeć.
Mijając bibliotekę imienia Lenina dochodzimy do wejścia na Kreml. Bilety wejściowe do tanich nie należą, kolejka do wejścia, rzucamy okiem w przewodnik i eeee, nie chce się nam błąkać po parku w środku, obejrzenie z zewnątrz wystarczy :) Kierujemy się wokół Kremla do Placu Czerwonego. Mijamy park z ludźmi wypoczywającymi na zadbanych trawnikach, raczymy się piwkiem i kwasem. Trafiamy też na zmianę warty przed grobem nieznanego żołnierza i scenkę poprawiania munduru warcie przez jednego z żołnierzy.

Dochodzimy do Placu Czerwonego. Hmmm, na relacjach z defilad robił wrażenie większego :) Poza tym teraz na środku zrobili ogrodzenie i rozsypali piach - wkrótce ma być pokaz jakiś konnych defilad. Przemierzamy cały plac, w oddali widać mauzoleum Lenina i dochodzimy do znanej z pocztówek Cerkwi Błogosławionego Wasyla. Obchodzimy ją, wokół i zmierzamy z powrotem na Arbat.
Trochę czasu się nam zeszło, więc znowu siadamy w jakiejś knajpce na jedzenie. Poznajemy siedzącą stolik obok babcię, która wraz z wnuczką świętuje swoje urodziny, nieźle racząc się szampanem :) Jakże by inaczej, mają oczywiście jakąś rodzinę w Polsce :)

Po jedzeniu idziemy dalej Arbatem w stronę Dworca Kijowskiego, gdzie zostawiliśmy plecaki. Po drodze mijamy licznych artystów prezentujących swoje dzieła i umiejętności, rzeźby znanych ludzi (m.in. Puszkina). Spacerujemy powoli chłonąc klimat, aż zaczyna zbliżać się wieczór.
Obrywa mi się od Ewy, że tak daleko i dlaczego nie jakimś autobusem, ale do Dworca mamy naprawdę blisko i udaje mi się przekonać, żeby przejść jeszcze ten kawałek :) Odbieramy plecaki i metrem jedziemy do końcowej stacji w stronę lotniska (ta stacja już nie jest taka ładna, tylko zwykła, obskurna, z brudnymi ścianami). Wychodzimy z metra, kupujemy melona, piwo i wsiadamy w autobus na Szeremietiewo (przylecieliśmy na Wnukowo). Autobus jedzie z dobrą godzinę, ale w końcu jesteśmy pod halą przylotów. Nie ma za bardzo gdzie spożyć naszego melona i piwek, więc oddalamy się trochę chodnikiem (mało kto tam chodzi, bo wszyscy przyjeżdżają czymś, a nie na pieszo, poza tym już późno i ciemno) i stojąc przy płocie zajadamy się melonem i przy piwie wspominamy cały wyjazd.

Kończymy piwo, melona i idziemy na lotnisko pokimać chwilę na ławkach. Koło 7.00 mamy lot i ponownie dzięki różnicy czasu po 2h lotu jesteśmy o tej samej godzinie w Warszawie. Z lotniska odbiera nas chłopak Ani, rozwozi do domów i to już koniec wyprawy :(