Start‎ > ‎Podróże‎ > ‎

Dagestan 2009



Wstęp

Dagestan miał być już rok wcześniej. Planowaliśmy wtedy pojechać ponownie dookoła Morza Czarnego, ale ze względu na to, że Rosja ma zamknięte granice z Gruzją i Azerbejdżanem, wybraliśmy się przez Turcję do Azerbejdżanu. A z tego Azerbejdżanu wyszła Gruzja (odbiliśmy się od granicy azerskiej, ponieważ chciano od nas po 2000 dolarów kaucji od motocykla). Wyjeżdżamy w 3 motocykle i tym razem bez plecaczków, czyli męski wypad :) Plan jest taki, że jedziemy przez Ukrainę, północnym wybrzeżem Morza Azowskiego, w okolicach Rostowa do Rosji, potem nad Czeczenią do Machaczkały i Dagestan. Powrót podobnie z tym że na południe od Morza Azowskiego i przez Krym. Wizy do Rosji załatwialiśmy przez biuro AinaTravel, około 400zł. od osoby z ubezpieczeniem. Od 2009 r. nie potrzeba też do Rosji specjalnych ubezpieczeń na pojazdy - przystąpiła do umowy o Zielonej Karcie. Należy tylko zadbać o to, by mieć nowe druki ZK, na których już są wymienione te kraje. Startują:

Buzar - Triumph Tiger 955i Ron - BMW R1100GS Ja - BMW R1200GS
W dalszej części opis podróży dzień po dniu wraz z mapkami i wybranymi zdjęciami. Więcej zdjęć z wyprawy tutaj.

1 dzień, piątek, 05.06.2009, Wrocław - okolice Lwowa (Ukraina), 602km



Na wyprawę startujemy w piątek o 9.00. Oczywiście ten co ma najbliżej do punktu startu na BP na Karkonoskiej (czytaj: Ron), spóźnia się :) Po tankowaniu, pierdnięciu w oponki i z półgodzinnym poślizgiem wyruszamy. Wbijamy się na A4 i lecimy na Kraków, w planach przekroczenie jeszcze dzisiaj granicy ukraińskiej w Korczowej koło Przemyśla. Na cały wyjazd umawiamy się ze względów ekonomicznych i bezpieczeństwa na przelotową w granicach 100-110 km/h, ale w Polsce autostradą póki można pędzimy 140. Niestety mamy 3 nieplanowane postoje, których przyczyną jest cieknący olej spod korka wlewu w maszynie Rona. Jak się okazało dopiero gruntowne czyszczenie korka i uszczelki pomogło. Zawinił tu pośrednio ktoś, kto podczas wymiany oleju upuścił wzmiankowany korek na ziemię, ale nie będę pokazywał palcem kto, a nie był to Ron ;)

Gdy kończy się A4 to zaczyna się koszmar drogowy. Piątek, mnóstwo TIRów i innych samochodów, jeden wielki korek. Jakoś się przebijamy w stronę granicy. Kilkadziesiąt km przed Korczową ostatni polski posiłek i wjeżdżamy na Ukrainę. Odprawa w miarę szybko, na granicy od Polaków dostajemy ulotki pod tytułem „Wakacje marzeń 2099zł. - HIV gratis" :) Kierujemy się na Lwów, zaczyna padać. Chcemy ominąć miasto obwodnicą i wspólnymi siłami mapa + drogowskazy + GPS Rona jakoś to nam idzie, ale jazda w deszczu po dziurawych drogach pomiędzy ukraińskimi ciężarówkami do przyjemności nie należy. Zaczyna zmierzchać i szukamy noclegu. Pierwszy motel i Buzar idzie na zwiady - mówi, że nie chcemy oglądać pokoi, a my wierzymy na słowo sądząc po właścicielu i wyglądzie zewnętrznym motelu. Kilkanaście km dalej są reklamy jakiegoś hotelu, więc skręcamy. Jak się okazuje hotele są dwa, w pierwszym 350 hrywien za pokój, w drugim 200. Musimy się jeszcze dogadać, że chcemy we trzech w jednym „numerze" a nie brać dwa pokoje. Staje na 250 za pokój 2 osobowy we trzech. Jak się potem okaże, za każdym razem będzie to problem, ponieważ w motelach są pokoje 2 osobowe i zawsze chcą nam wcisnąć dwa :/ Po zalogowaniu się idziemy do restauracji na piwko i przy mapach planujemy trochę bardziej szczegółowo nasz wyjazd, bo jak do tej pory to wiemy, że generalnie jedziemy do Dagestanu i jest tam ze 3500 km, no ale którędyś trzeba jechać :) No i fajnie jak byśmy jeszcze coś po drodze zobaczyli :)

2 dzień, sobota, 06.06.2009, okolice Lwowa - Pierwomajsk, 672km



Pierwszy cel tego dnia to Zbaraż. Podczas poszukiwań zamku Buzar odkrywa, że coś mu śmierdzi benzyną. Zatrzymujemy się pod kościołem i okazuje się, że silnik jest mokry od paliwa. Po ściągnięciu boczka lokalizujemy wyciek ze szybkozłączki przewodu paliwowego przy zbiorniku paliwa. poprawiamy i przestaje cieknąć. Znajdujemy zamek i zabieramy się za zwiedzanie. Wejście na dziedziniec jest bezpłatne, na mury wchodzi się przez zamek i tam już trzeba płacić. Akurat trwa jakaś konferencja i próbujemy przemknąć z uczestnikami, ale nasze ciuchy motocyklowe ciężko uznać za garnitury i się nie udaje :) Pstrykamy parę fotek i jedziemy dalej. Przelatując przez jakieś miasteczko na wylocie, tuż przed tablicą z końcem zabudowanego, łapią nas milicjanci - ponad 100 na 60. Idę do radiowozu, gdzie siedzi jeden z gliniarzy, który pokazuje mi taryfikator. Za to wykroczenie jest od 500 do 680 hrywien, czyli około 250 - 300zł. Na Ukrainie zarabia się od 1000 do 1500 hrywien, niezły "sztraf" (po rosyjsku/ukraińsku mandat). Gliniarz chce od każdego z nas po 500 lub wypisuje mandat za 680, zatrzyma nam prawka i dopiero po opłaceniu mandatu w banku nam je zwróci. Jest sobota, więc do poniedziałku bylibyśmy uziemieni :/ Nie skutkują targi o mniejszą łapówę. Teksty, że damy mu jakiś suwenir kwituje stwierdzeniem, że jakby co, to on nam może dać i pokazuje wyciągnięty z kieszeni gruby plik hrywien. Płacimy po 500 i lecimy dalej nieźle wkurzeni na łapówkarza. Jak się okaże później na Ukrainie i w Rosji wszyscy mundurowi są tacy. Dojeżdżamy do autostrady M05 i jedziemy nią kilkadziesiąt kilometrów. Piszę o tym, bo Ukraińcy mają świetne autostrady. Np są na nich zwykłe skrzyżowania z bocznymi drogami, bez rozbiegówek i ślimaków. Takie zwykłe pod kątem prostym. Albo miejsca do zawracania :) No a kompletnie rozwaliły mnie - uwaga - przejścia dla pieszych przez 4 pasy na autostradzie :) No i niech nikogo nie zdziwi jadący powoli prawym pasem wóz ciągnięty przez konia lub traktor :)
Za autostradą polujemy na motel, nawet są dwa tuż za zjazdem, ale chcą od nas po 200 hrywien za pokój i nie ma mowy o spaniu we trzech w dwójce. No to jak nie chcą zarobić, to jedziemy dalej. Kolejnego noclegu szukamy w Pierwomajsku (chyba nawet Ron w swoim Garminie miał zaznaczony hotel). Trochę błądzimy, bo do hotelu dojeżdża się małymi uliczkami jakoś od tyłu, chociaż jest przy głównym placu miasta, na którym zresztą rozłożyło się wesołe miasteczko. Negocjacje zaczynają się od 390 hrywien za jakiś super pokój, a kończą się na całkiem fajnym pokoiku ze wspólną łazienką na korytarzu za 75 hrywien wszystko. W cenie także strzeżony parking dla motocykli za bramą na tyłach hotelu. Widzimy tam dwa motocykle ze słowackimi rejestracjami, ale nie udaje się nam znaleźć właścicieli. Prysznic, przebieramy się i idziemy po piwko do pobliskiego supersamu całodobowego, które potem spożywamy na ławce w parku zagryzając kabanosami deliberując o miejscowej młodzieży :)

3 dzień, niedziela, 07.06.2009, Pierwomajsk - Melitopol, 488km



Wyjeżdżamy o 10, kierunek Cherson. Na rozjeździe za Cherson Ron myli drogę, ładujemy się w jakąś boczną no i ponownie bliskie spotkanie z gliniarzami, którzy twierdzą, że wyprzedzaliśmy na zakazie. No może, ale był to Kamaz, który wlókł się 30km/h :/ Pozabierali dokumenty i zabierają się za wypisywanie mandatu. Odbywa się spory cyrk. Staje na tym, że rzeczywiście zaczynają wypisywać jakieś papiery wielkości A4, o dziwo tylko dla dwóch z nas (nie mieli więcej druków?) i każą wracać do Cherson, do banku zapłacić (piszą nam adres), potem z powrotem do nich po dokumenty, a jak ich tam nie będzie, to mamy po nie jechać na komisariat i podają kolejny adres. No to znowu zaczyna się cyrk i w końcu staje na 100$ dla gliniarzy i możemy jechać dalej. Buzar twierdził, że trzeba było gości sprawdzić i wziąć te papiery do banku, zwłaszcza, że nawet kwoty mandatu na nich nie było. No ale równie dobrze po naszym odjeździe gliniarze mogli by wywalić nasze dokumenty, a potem w komisariacie (jeśli w ogóle podali prawdziwy adres) udawać głupków. Normalnie teatr prawdopodobnie był taki, że hej. Tylko my jako niedoświadczeni aktorzy znowu musieliśmy płacić frycowe. Wjeżdżamy z powrotem na właściwą trasę i jedziemy dalej. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Prosta droga po horyzont, płasko, nie ma na
czym oka zwiesić i odwrócić myśli od bolącej dupy. Zaczynam trenować różne pozycje. Na stojąco to raczej tylko w miastach, bo jedzie się wolniej i wiater nie ściąga z motocykla, a miast po drodze ani widu ani słychu. Nogi na cylindry - na jakiś czas daje radę. Najlepiej jednak tyłek odpoczywa jak siedzę na tylnej kanapie z nogami dyndającymi swobodnie w dół :) Ale tak też długo nie da rady, bo zaczynają nadgarstki boleć. No i tak sobie jadę zmieniając konfiguracje umiejscowienia tyłka na motocyklu :) Dojeżdżamy do Melitopolu i w pierwszym przydrożnym barze zatrzymujemy się na kawę. Triumph Buzara znowu przecieka i to coraz mocniej. Rozbieramy boczek i okazuje się, że szybkozłączka jest pęknięta, a paliwo leje się już niezłym strumieniem. Postanawiamy zlać paliwo i spróbować zalepić szczelinę poxiliną. Pierwsza próba nieudana. Cieknie nadal. Buzar podejmuje drugą próbę, Ron ze mną wyrusza na poszukiwania mechanika. Włóczymy się po mieście ze 2h i w końcu przy pomocy tubylca zabranego na motocykl trafiamy do serwisu całodobowego (jak się okazuje sporo jest takich i na Ukrainie i w Rosji). Wracamy do Buzara, który zdążył w międzyczasie porządnie oblepić poxiliną dziurę. Przy barze funkcjonuje także motel, więc postanawiamy nie odpalać Triumpha do rana, by dać czas poxilinie na zaschnięcie i bierzemy jeden pokój. Oczywiście znowu targi, czy możemy we trzech w pokoju 2os. Motocykle stawiamy na tyłach motelu, są niewidoczne z zewnątrz, więc luz. Tradycyjnie piwkujemy wieczorem i poznajemy Rosjanina (z pochodzenia chyba Kałmuka), który okazuje się, że był lekarzem, a teraz pracuje dla Philipsa czy jakoś tak. Opowiada nam parę ciekawych rzeczy o Rosji i każe się wystrzegać wyprzedzania na zakazach i podwójnych ciągłych, bo zabierają za to ponoć prawko.

4 dzień, poniedziałek, 08.06.2009, Melitopol - Taganrog (Rosja), 308km



Rano odpalamy Triumpha - sika benzyną spod poxiliny aż miło. Trzeba jechać do mechanika. Ron bierze Buzara na hol i toczymy się powoli przez miasto. Ze 3 razy zerwała się linka, a raz na skrzyżowaniu Buzar zatrzymuje się na plamie oleju i ani się obejrzał i już leżał na ziemi przy okazji wywracając też Rona. Tym sposobem w drzazgi poszła szyba Triumpha. Docieramy do warsztatu, tam demontujemy cały moduł pompy paliwa ze zbiornika i ukraińscy mechanicy zabierają się za robotę. Niestety jest mały problem - szybkozłączka wkręcona jest chyba na calowy gwint, bo żadna rurka przynoszona przez mechaników nie pasuje. Wkręca się, ale pozostaje luźna. Znajdują coś prawie odpowiedniego, zabierają do tokarza, rzeźbią jakiś specjalny grzybek, który od środka zaciśnie rurkę i ma niby to działać. Jak się okazuje działa, ale spędziliśmy tam czas do 15.00 Naprawa kosztowała 370 hrywien. Zbieramy się w dalszą podróż z zamiarem przekroczenia granicy. Po drodze mijamy Mariupol z okropnie wielką, śmierdzącą i brudną fabryką, czy też hutą. Na granicy oczywiście do wypełnienia papiery i wszyscy mamy sprawdzaną temperaturę przez jakąś pielęgniarkę, czy też lekarza. Ronowi i Buzarowi termometr pipczy i mają temperaturę ok, mi termometr nie chce pipczeć i w końcu zniecierpliwiona babka każe mi oddać termometr na którym widnieje temp. 37,1 stopnia. Już myślałem, że będzie jakiś dym w temacie świńskiej grypy, ale babka tylko zanotowała wynik i po wszystkim. Pewnie jak bym potrzymał jeszcze z pół godziny, to by dobiło do 38 :) Udajemy się na odprawę celną. Buzar od razu ma problemy. W Rosji wydają coś w rodzaju dowodu rejestracyjnego na pojazd i wpisują na nim nr ubezpieczenia z zielonej karty. Niestety Buzar miał stary druk ZK, na którym nie jest wymieniona Rosja. Nie ma to znaczenia, ale dla Ruskich jest to oczywiście powód do zmartwienia i problemów. Po dłuższych targach w końcu Buzar przekonuje celnika by mu przybił pieczęć i puścił dalej. My z Ronem już sprawnie, przy czym celnik jeszcze mi mówi, że kolega będzie miał później dużo problemów z tym ubezpieczeniem. Po przebyciu granicy Buzar dla świętego spokoju i by nie targować się o łapówki przy każdej kontroli wykupuje osobne ubezpieczenie na motocykl. Wyszło coś ze 100zł. Parę kilometrów za granicą posterunek milicji i kontrola. No i od razu próba wymuszenia łapówki. Przed posterunkiem jest znak STOP, zbliżamy się, zwalniamy by się zatrzymać, ale gliniarz macha pałką, byśmy zjechali na bok za szlabanem. Następnie skubany zarzuca nam, że się nie zatrzymaliśmy na stopie tylko za. Bezgraniczna bezczelność powoduje u nas wytrzeszcz oczu. Zostawiamy Buzara przy motocyklach i idziemy z Ronem i gliniarzem do budynku policji. Tam wobec naszych twardych sprzeciwów co do zignorowania znaku stop, gliniarz otwarcie mówi, że mamy dać kasę i tyle. Masakra. Upieramy się, że nic nie damy. Za biurkiem siedzi tylko jakiś starszy gliniarz (ten co nas zatrzymał miał chyba ze 20 parę lat) i się podśmiechuje z młodego. W końcu dostajemy z powrotem dokumenty i możemy jechać dalej. Planowaliśmy nocleg w Rostowie w jakimś hotelu, by załatwić obowiązek meldunku, ale zrobiło się ciemno i późno, więc wjeżdżamy do Taganroga. Tubylcy kierują nas do jakiegoś hotelu, ale jest drogo. Obok hotelu, przy sklepie, grupka podpitych miejscowych podchodzi do nas i zaczyna się standardowa gadka o cenach i prędkości motocykli. Wśród nich wyróżnia się jeden, widać że nieźle przypakowany i w dodatku trzeźwy. Proponuje nam, byśmy przenocowali u niego, ma też garaż na motocykle. Długo się nie zastanawialiśmy. Nasz gospodarz Roman mieszka sam i jest byłym żołnierzem służb specjalnych rosyjskiego wojska, który walczył w Czeczenii. Kupił specjalnie dla nas na kolację kurczaka (wcześniej pytając się, czy nam to pasuje), a gdy ja z Ronem szliśmy do sklepu, to nie chciał żadnego piwa, mówiąc, że w ogóle nie pije. Buzar trochę nietęgą minę miał, jak go samego z gospodarzem zostawialiśmy, zwłaszcza, że zaraz po wejściu do domu rozebrał się do pasa :) Okazało się jednak, że Roman to swój chłop, mieszka sam, bo się rozwiódł, w tej chwili ma trzy fachy: pracuje na budowie, jako ochroniarz i jako ktoś czego do końca nie zrozumieliśmy. Studiował prawo i mówił, że ma jeszcze jakąś funkcję "juristy" czy jakoś tak. Kurczak podsmażony, potem zagotowany w niewielkiej ilości wody i podany z makaronem smakował całkiem nieźle. Sporo nam opowiedział o sobie, zwłaszcza o tym jak to było na wojnie, jak tam trafił, o swoich kumplach z wojska, z których niewielu żyje (pokazał zdjęcie 20 żołnierzy - tylko 3 z nich przeżyło). Kiedyś też pił, zwłaszcza w wojsku, jak na początku bez setki nie potrafił na polu walki trafić magazynkiem do kałacha, bo mu się ręce ze strachu trzęsły. W sumie całkiem ciekawie było.

5 dzień, wtorek, 09.06.2009, Taganrog - Psebaj, 482km



Rano po mocnej kawie i kawałku słodkiego wafla wyruszamy dalej. Zbliżamy się do Rostowa i niestety zamiast przejechać obwodnicą mylimy drogę i przebijamy się przez miasto. Strasznie już nas nudzą te główne drogi zapchane TIRami, więc zbaczamy w stronę Kaukazu i bocznych dróg. Dojeżdżamy do Labińska i tam szukamy noclegu. Znajdujemy jakiś hotel, nawet porządny. Mimo dość wysokiej ceny zastanawiamy się nad noclegiem, bo wciąż musimy załatwić meldunek. Niestety właścicielka rozwiązuje za nas problem, mówiąc że załatwi nam meldunek, ale jak zostaniemy przynajmniej na 7 dni :/ Zawinęliśmy się więc w dalszą drogę i znowu milicja. Jak się okazało droga prowadząca do hotelu jest co prawda dwukierunkowa, ale tylko dla marszrutek (autobusiki wożące ludzi). Jednokierunkowość była tak rozwiązana, że przy każdym skrzyżowaniu jest zakaz wjazdu w stronę w którą jechaliśmy z hotelu, nie ma w ogóle znaku, że droga jednokierunkowa. My wyjeżdżaliśmy z hotelu, więc nie przyuważyliśmy znaków. Jeden co najmniej był, ale na skrzyżowaniu była sygnalizacja świetlna i akurat zielone, więc nic nie wzbudzało naszych podejrzeń, zwłaszcza że widzieliśmy jeżdżące tak samo właśnie marszrutki. Znowu pół godziny gadania i targów, skończyło się na 50$ Jedziemy dalej, do Psebaju. Droga z super widokami, na horyzoncie i po bokach wreszcie góry, a my jedziemy środkiem. W Psebaju Buzar rusza no poszukiwania noclegu. Po przepytaniu chyba z 5 rodzin wreszcie dowiaduje się, że jest tutaj turbaza. Ci ludzie jacyś dziwni, małe miasteczko, jedyna turbaza i to całkiem spora w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, a większość nie wie, że w ogóle jest coś takiego. Turbaza nazywa się "Wosotk", czyli "Wschód". Jest to poradziecki ośrodek wypoczynkowy, z wieloma poniszczonymi budynkami, ale jeden z pokojami oraz drugi z kuchnią i jadalnią nadają się do użytku :) Miłe panie w recepcji usiłują wcisnąć nam lepsze pokoje z wygodami w postaci łazienki, tv i lodówki, ale my upieramy się przy tańszej wersji za 300 rubli od osoby plus po 100 za kolację i śniadanie. Dostajemy pokój ze wspólną łazienką na korytarzu. Robiło się późno, ale specjalnie dla nas przygotowano kolację. Sklep już niestety zamknięto, więc wykupiliśmy całe piwo, które było na półkach w barze przy jadalni i jak zwykle wieczorem gadaliśmy do późna.

6 dzień, środa, 10.06.2009, Psebaj - Zelenokumsk, 450km



Ponieważ mieliśmy trochę czasu (poprzedniego dnia prosiliśmy o zameldowanie, a że było późno, to dopiero dzisiaj jest to możliwe i potrwa do około południa), to postanowiliśmy wybrać się na małą wycieczkę w Kaukaz bocznymi drogami. Nasz wybór padł na Rożkao, a kierowaliśmy się tym, że na mapie oznaczone było jako szuter, i że niby są tam jakieś jaskinie :) Po drodze mijamy kolejny posterunek, na którym jesteśmy szczegółowo przepytywani i spisywani, ponieważ zbliżamy się do granicy z Gruzją. Próbujemy wytłumaczyć, że jeszcze tu wrócimy za 2h, bo wracamy do turbazy, a potem jeszcze raz będziemy jechać, bo ruszamy dalej, ale chyba dotarło do nich chyba tylko to, że niedługo będziemy wracać. Parę kilometrów dalej skręcamy w bok i lecimy 20km szutrem. Zabawa przednia. Ron na początku wlecze się jak ślimak, ale jak mu pokazałem, że można szybciej, to zachciało mu się wyścigów :) W Rożkao nie znaleźliśmy żadnych jaskiń, za to był most wiszący i super widoczki. Pół godziny na foto i video i lecimy z powrotem. W turbazie meldunek załatwiony, ale nie mają żadnego potwierdzenia dla nas. Wyprosiliśmy tylko wielką, okrągłą pieczęć na odwrocie kart imigracyjnych, które dostaliśmy na granicy. Jedna z pań przynosi nam także rachunki za pobyt, co jak później się okazało, oszczędziło nam kłopotów. Po raz trzeci mijamy posterunek, gliniarze zdezorientowani, dlaczego my znowu tu jedziemy. Tłumaczymy, że teraz już naprawdę wyjeżdżamy, ale ciężko w ich oczach doszukać się zrozumienia. Na szczęście w końcu nas puszczają. Zagłębiamy się w Kaukaz i wjeżdżamy coraz wyżej. Widoki przepiękne, co jakiś czas postój na foto :) Przy jednym takim postoju spotykamy Rosjan na crossach, którzy właśnie wracali z eskapady po górach. Trzy lekkie maszyny na ciężki offroad. Chwilę pogadaliśmy i pojechali, My lecimy dalej, po drodze jeszcze kawa gotowana na palnikach turystycznych na jakimś opuszczonym gospodarstwie. Zjechaliśmy na nizinę i nocleg wypadł nam w Zelenokumsku. Za pokój z klimą i tv zapłaciliśmy 1500 rubli, motocykle bezpiecznie i za darmo za kratami.

7 dzień, czwartek, 11.06.2009, Zelenokumsk - Bujnaksk, 540km



Dzisiaj mamy zamiar dojechać do Dagestanu. Znowu lecimy nudnymi równinami, mijamy po drodze miasteczko z wielkim pomnikiem oznaczającym, że tutaj zaczyna się już Azja. Zbliżamy się powoli do Morza Kaspijskiego. Po południu popas na skrzyżowaniu główniejszych dróg. W knajpce mamy okazję podglądać jak obiad jedzą muzułmanie. Flaszka jakiegoś koniaku na stole, chleb i mięso baranie, które już samym wyglądem powoduje u nas odruchy wymiotne :) My tylko kawa i jakieś ciasto, w sumie bardzo dobre. Zbieramy się dalej i dojeżdżamy do Machaczkały. Obowiązkowe foto przy wielkim betonowym napisie z nazwą i przejeżdżamy obrzeżami stolicę Dagestanu. Noclegu zamierzamy szukać w mniejszym miasteczku Bujnaksk, kilkadziesiąt kilometrów za Machaczkałą, w kierunku na Gunib. W Bujnaksku kolejna kontrola i wpierają nam, że wyprzedzaliśmy na zakazie. Długie targi i kończy się na 50$. Jak się potem okazało (bo zawracaliśmy w poszukiwaniu hotelu) nie było żadnego zakazu :/ Znowu daliśmy się zrobić, ale to już ostatni raz :) Znaleźliśmy polecany przez jakiegoś tubylca hotel, ale niestety nie było miejsc. Decydujemy się jechać dalej, chociaż powoli się ściemnia. Jeszcze tylko jedna kontrola, milicjanci nie mają już co wymyślić, więc pytają się czy możemy im pokazać nasze polskie pieniądze. Wyciągam papierową dychę i tak się jej pozbyłem, bo następnym pytaniem było czy mogą ją zatrzymać. Ciekawe czy da się to tam wymienić, czy będzie krążyła jako towar wymienny :) Po drodze jedzie przed nami jakaś Łada i zjeżdża co jakiś czas na środek drogi. Początkowo myśleliśmy, że jakiś typ złośliwie to robi, byśmy nie mogli go wyprzedzić, ale robi to na tyle często i gwałtownie, że jesteśmy pewni, że kierowca jest nawalony jak sztucer. Strach go wyprzedzić, ale w końcu za którymś razem nie udaje mu się opanować samochodu i ląduje tyłem na stromej skarpie w dół. Miał szczęście, że nie poleciał dalej, bo było wysoko. Parę kilometrów dalej posterunek milicji i ponownie nas kontrolują. Pytamy się o hotele po trasie, ale tylko się śmieją i mówią, że ostatni był w Bujnaksku. Szybka wymiana zdań pomiędzy nami i pytamy się, czy możemy koło nich rozbić namioty. Okazuje się, że nie ma problemu. Chcemy najpierw jechać do pobliskiej wioski po coś do jedzenia i piwo, ale komendant mówi byśmy się najpierw rozłożyli z namiotami, a on nas później zawiezie swoim Mercedesem :) Posłusznie rozbijamy namioty, a potem pakujemy się z komendantem w jego Merca. Po drodze pytamy się, dlaczego ma tak mocno przyciemnione szyby i dowiadujemy się, że po to by Muhadżedini nie wiedzieli kto w środku, bo jakby zobaczyli, że milicjant, to mogli by do niego strzelać. Mówi nam, że w tym roku już ostrzelali ich posterunek z pobliskich wzgórz.
Szybkie zakupy w sklepie i wracamy. Z motocykli urządzamy stoły, zabieramy się za jedzenie, piwko i robienie nocnych fotek. W między czasie oglądamy dziury po kulach w dachu i metalowych szafkach wewnątrz posterunku, a Buzar rozmawia prze telefon komendanta z jakimś jego znajomym historykiem, który był w Polsce. Spokój przerywają nam strzały z kałacha. Jeden z milicjantów strzelał w powietrze, bo przejeżdżająca ciężarówka nie chciała się zatrzymać. Nieźle się zapowiada :) Później jeszcze parę razy budziły nas w nocy strzały z karabinów.

8 dzień, piątek, 12.06.2009, Bujnaksk - Sogratl, 135km



O 6 rano budzi nas komendant i zbieramy się do wyjazdu. Mocuję kamerę na kufrze z nadzieją, że wyjdą jakieś filmy z jazdy. Przejeżdżając przez wioskę, w której wczoraj robiliśmy zakupy zdarza się małe bum. Ron, który jechał przede 
mną przyuważył sznurek przez środek drogi i na jednym końcu drzewo a na drugim krowę. Sznurek już się ponoć unosił, więc dał po hamulcach, a że jechaliśmy dość wolno, to stanął prawie w miejscu. Ja zaaferowany trochę kamerą, trochę widokami po bokach za późno się zorientowałem i przydzwoniłem w Rona z tyłu i się wyglebiłem na lewą stronę. Straty to potrzaskana tylna lampa i błotnik Rona, u mnie skrzywiona na półkach kiera, połamana przy mocowaniu szyba i kierunkowskaz. Naprawy za pomocą taśmy klejącej typu "MacGyver" poszły gładko, niestety mnie zaczyna nieźle napierniczać i puchnąć prawy nadgarstek, no ale trzeba jechać dalej. Pierwszy cel na dzisiaj to Gunib i resztki twierdzy na szczycie góry. Po drodze oczywiście fotki i mijamy zaporę na rzece z elektrownią wodną. Na szczęście pilnujący jej mundurowi nie zdążają wybiec na czas ze swojej kanciapy i jedna z kontroli nam się upiekła :) Gunib położony jest na zboczach jednego ze szczytów i pniemy się przez miasteczko serpentynami. Docieramy do centralnego placu/rynku na środku którego zorganizowano boisko piłkarskie na którym w niesamowitym upale i kurzu kopią piłkę dzieciaki. Zatrzymujemy się przy sklepie by kupić wodę i oczywiście wzbudzamy sporą sensację i zbiegowisko. Szybko pytamy się o dalszą drogę do twierdzy i uciekamy gawiedzi. Kolejne serpentyny po miasteczku i pod koniec wbijamy się w polną drogę. Na jednej z agrafek na szutrze nie daję rady utrzymać motocykla bolącą łapą i następuje mała gleba. Nic się nie stało, ale sam nie dam rady dźwignąć GSa. Skwar niesamowity, pot się leje i razem z Ronem jakoś podnosimy bydlę. Docieramy do punktu, skąd naszymi potworami już na pewno nie damy rady pojechać dalej. Zostawiamy ciuchy i kaski, sprzęt foto zabieramy ze sobą i dalej na szczyt pieszo. Stykamy się z pierwszymi oznakami gościnności Dagestańczyków. Wyjeżdżający z pobliskiego gospodarstwa facet pyta się nas, czy nie chcemy wstąpić do niego na herbatę i 
coś zjeść :) Grzecznie dziękujemy i pchamy się na górę.
Idziemy wzdłuż starego muru, miejscami trzeba się do niego przyklejać, bo łatwo o upadek w dół. Zdyszani docieramy na szczyt. Widok super, siadamy sobie na trawce pod murem z nogami dyndającymi nad przepaścią. Fotki, papieros, woda do popicia, szkoda tylko, że piwka nie można :) W pewnej chwili atmosferę podkręcają muezzini z meczetów zaczynający swoim śpiewem wzywać do modlitwy. Ze szczytu słuchamy trzech na raz z trzech różnych stron z wiosek na dole - niesamowite. Schodzimy na dół i wracamy na ryneczek Gunibu. Tutaj mały postój w cieniu, muszę poprawić kierę w GSie, bo jeszcze trochę krzywo dokręcona. Zbiera się spory tłum i wiecznie te same pytania ile kosztuje, jak szybko jedzie, jaka pojemność, ile pali, itp. Gdy już mamy zamiar się zbierać, pojawia się młody facet w czarnym BMW i zaprasza nas na herbatę i obiad. Nie odmawiamy. Zajeżdżamy pod jego dom, a tam już czeka na nas jego znajomy w koszulce z napisem POLSKA :) Dostajemy herbatę i jajecznicę z pomidorami i gawędzimy z gospodarzami. Człowiek w koszulce z Polską pracuje w telewizji i jest nieźle obtrzaskany w historii, Buzar ma z kim pogadać. Oglądamy też fotografie i kolekcję zabytkowej broni białej. Facet z BMW, to syn przyjaciela pilota Burana, rosyjskiego wahadłowca, który tylko raz poleciał w kosmos. Lata na paralotniach. Widać, że biedni nie są, dom wygląda na w miarę nowy, w jednym z pokoi widać nawet gołą skałę, w którą został wkuty. Jednak sporo rzeczy jest niedokończonych i to nie od dzisiaj. Z zewnątrz wszystko piękne, w środku jak tuż po wprowdzce. Nasi gospodarze wybierają się na grilla pod twierdzę i zapraszają nas, ale rezygnujemy, bo już tam byliśmy. Wobec tego polecają nam byśmy pojechali do Sogratl, bo ma się tam odbyć jakiś festiwal. Żegnamy się, grupowe fotki na pożegnanie i ruszamy dalej. W drodze do Sogratl dogania nas Samara z dwoma znajomymi naszych gospodarzy i prowadzą nas do Sogratl. Na miejscu zatrzymujemy się na końcu drogi na małym ryneczku pod meczetem. Po drodze mijaliśmy wielki dom, wybudowany w ostatnich latach z lądowiskiem dla helikopterów. Nie do końca zrozumiałem, ale właścicielem jest albo firma energetyczna, albo właściciel firmy który budował elektrownię wodną. Widoki z miasteczka i w miasteczku klimatyczne, zjeżdża się coraz więcej samochodów, a my nie wiemy o co chodzi z tym festiwalem. W sumie chcemy się zbierać w dalszą drogę, ale przyjezdni mówią coś o meczach w siatkówkę, zapewniają że znajdzie się miejsce do spania i przekonują nas do zostania, musimy tylko poczekać, aż przyjedzie gospodarz u którego będziemy spać. Okazuje się, że będziemy nocować w domu rodzinnym trenera siatkówki wraz z drużyną Kaskad, która rok i dwa lata temu była mistrzem Dagestanu. Pojawia się nasz gospodarz, ale ponieważ nie da się przejechać motocyklami uliczką, którą wszyscy idą pieszo, biorę jednego z drużyny Kaskad na motocykl i jedziemy inną drogą. Pierwszy skręt z asfaltu w szutrową drogę (180 stopni w dół) i gleba przy małej prędkości :) Podnosimy się i jedziemy dalej. Przed nami błoto i koleiny - kolejna gleba, motocykl prawie, że spadł mi poziom niżej, jakieś 4 metry, było ciepło :) W tym samym błocie glebę zalicza jeszcze Buzar. Ron, ponieważ jedzie trzeci i jest w posiadaniu niewidzialnych gmoli firmy Holan, przejeżdża bez przygód :) Pod (a właściwie nad) dom docieramy już bez dalszych wywrotek. Przebieramy się na tarasie w cywilne ciuchy i idziemy na małą przechadzkę po górach. Po powrocie czeka już na nas obiad - chleb, śmietana, ciudu (coś w rodzaju naleśników z białym serem, nie na słodko) i barszcz, przy czym barszcz wygląda i smakuje jak nasza jarzynowa :) Po jedzeniu idziemy pooglądać eliminacje do mistrzostw Dagestanu w siatkówce, które odbywają się w hali sportowej wybudowanej obok szkoły. Jak się okazuje, cały ten festiwal, to dni Sogratl zorganizowane po raz pierwszy. Z tej okazji zostały zorganizowane właśnie mistrzostwa (przyjechało 8 drużyn, miało być 10) i mają przyjechać bohaterowie Rosji (gieroje Rossiji) pochodzący właśnie z Sogratl. Ci bohaterowie, to pilot oblatywacz radzieckiego wahadłowca Buran - Magomed Tolbojew i jego brat, który także był oblatywaczem i projektantem. Razem z nimi przyjechał ich przyjaciel Gassan, którego poznaliśmy później. Do spania dostaliśmy osobny pokój, z którego eksmitowano tymczasowo wnuka naszego gospodarza. Wszystko po to, by goście byli zadowoleni. Nie myliśmy się od ostatniego noclegu przed Dagestanem (wcześniej pod namiotami też nie było gdzie), a i tutaj nie zapowiadało się inaczej. Był co prawda wychodek (budka przyklejona z tyłu kuchni z dziurą w podłodze, to co przez nią wpadało spływało do niższych części miasteczka) i umywalka przed domem z kranem przymocowanym do beczki z deszczówką, ale nic po za tym. Dobrze, że mieliśmy zapasy srajtaśmy, bo muzułmanie jej nie stosują, tylko w każdym kibelku jest konewka z wodą :) Nie zauważyliśmy jakiegoś miejsca na kąpiel i doszliśmy do wniosku, że miejscowym wystarcza higiena w kibelku z konewki oraz mycie głowy, nóg i rąk przed każdą modlitwą. No chyba, że jak już tragedia, to myją się gdzieś na uboczu w jakiejś miednicy. O kobietach to zero pojęcia, bo nawet nie widzieliśmy, żeby wchodziły do wychodka. Tak więc druga już noc bez prysznica.

9 dzień, sobota, 13.06.2009, Sogratl, 0km

Przez naszych gospodarzy zostaliśmy namówieni do tego, by zostać u nich jeszcze jeden dzień. Rano śniadanie: kumycki czaj (herbata z mlekiem, czymś tłustym i śmietaną - nie odważyłem się), barszcz, ciudu, chleb i miód w postaci plastrów pociętych na kawałki. Pierwszy raz jadłem miód razem z woskiem z plastrów. Jadło się to jak gumę mambę o smaku miodu :) Ciekawe i smaczne doznanie. Po śniadaniu nasz gospodarz zorganizował nam wycieczkę po szkole, gdzie oglądaliśmy masę fotografii i rysunków zrobionych przez dzieci. Wszystko oczywiście w temacie wielkiej Rosji i lokalnych gierojów :). Potem poszliśmy zwiedzać muzeum. Oprowadzał nas jego dyrektor, który w swoim gabinecie miał stosy bezcennych, nierzadko kilkusetletnich ksiąg, spisanych po arabsku. Między innymi 400 letni koran. Oprócz tego kolekcja zabytkowej białej broni (mogliśmy sobie pomachać szablami) i pełno eksponatów z wykopalisk. Ciekawa historia wiązała się z niby berłem a niby maczugą. W dawnych czasach jeśli ktoś narozrabiał w wiosce i podpadł starszyźnie, to otrzymywał takie berło, które było wieszane nad wejściem do domu. W czasie gdy był w jego posiadaniu każdy drobny wyskok wiązał się z poważnymi konsekwencjami. Nasz przewodnik nie powiedział jakimi, ale twierdził, że nikt kto miał to berło już nie rozrabiał w tym czasie :) Po muzeum udaliśmy się na małą przekąskę i przechwycił nas Gassan. Zapakowaliśmy się do nowej wersji Łady Niva - teraz jest to Chevrolet Niva, podobno tylko buda nowa, reszta to stara dobra Niva. Mieliśmy jechać terenowym Leksusem Gassana, ale pożyczył go kumplowi, który też wybrał się w góry i jeszcze nie wrócił. Śmigamy w góry do twierdzy na szczycie widocznej z miasteczka (nie jest to stara twierdza, a tylko rekonstrukcja kawałka murów, by upamiętnić miejsce gdzie broniły się wojska jakiegoś słynnego wojaka). Droga to wąska szutrówka po stromych zboczach. Na początku Gassan oszczędzał nasze nerwy, ale w połowie drogi pokazał jak w Dagestanie jeździ się po górach. Skupiłem się na filmowaniu :) Po drodze mijaliśmy opuszczone wioski i zabudowania, parę razy zatrzymywaliśmy się na foto i video. Super wycieczka. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się przy paru zabudowaniach, gdzie mieszkała sobie babcia z dziadkiem. Żyją w górach przez większość roku i tylko na zimę schodzą do miasta. Żyją z tego co wyhodują i zasadzą. Oczywiście zostaliśmy poczęstowani herbatą i wszystkim co mieli do zaoferowania dziadkowie - chleb, który można trzymać 2 miesiące, śmietana do niego, suszona i potem podgotowana baranina, ryby, miód, słodycze. Powrót do Sogratl w dagestańskim stylu jazdy. W miasteczku zostaliśmy przekazani redaktorowi lokalnej gazety, wychodzącej raz w miesiącu. Udzieliliśmy wywiadu, Buzar udzielał się najchętniej, oczywiście wtrącając sporo polityki :) Najwięcej radości wzbudziła nasza odpowiedź na pytanie, co najbardziej nam się nie podoba w Dagestanie (wcześniej było pytanie co się najbardziej podoba). Zgodnie odpowiedzieliśmy, że milicja, która na każdym kroku wyłudza łapówki. Widać nie tylko przyjezdni mają z tym problem. Wywiad dostępny jest w elektronicznej wersji gazety, str. 14 - pdf, 4,1MB Po wywiadzie poszliśmy na kolejne jedzenie w sali dla VIPów, gdzie popróbowaliśmy dagestańskiego koniaku. Muszę szczerze powiedzieć, że był wyśmienity, szkoda że nie zabraliśmy jakiejś flaszeczki ze sobą :) Następnie kibicowaliśmy naszej drużynie Kaskad, z którą wspólnie nocowaliśmy. Następną atrakcją był koncert miejscowych artystów narodowych, który odbywał się w klubie nad meczetem. Mówiono nam, że będzie tam pokaz lezginki, tańca narodowego, więc dzielnie wytrzymywaliśmy maksymalnie głośne popisy śpiewaków i śpiewaczek (trzeba jednak przyznać, że niektóre wykonania były całkiem niezłe). Gassan posadził nas w pierwszym rzędzie, w którym później zasiedli też honorowi goście, czyli pilot Burana i jego brat. Całość imprezy miała charakter naszych akademii szkolnych z lat komuny, Buzar cały czas marudził, że masakra i to nie dla niego, starego opozycjonisty :) Kompletnie nas powalił występ małej dziewczynki, która wyrecytowała podniosły wiersz o bohaterze narodowym, pilocie Burana, Magomedzie Tolbojewie. Nasz bohater aż się rozpłakał - masakra. Później było jeszcze dużo, dużo występów poszczególnych artystów narodowych, a pod koniec brat Magomeda wywołał nas na scenę i przedstawił publiczności z całego Sogratl, jako dzielnych mężczyzn z Polski, którzy przyjechali do Sogratl na festiwal. Coś tam powiedzieliśmy, że dziękujemy, że miło, itp. i dostaliśmy brawa na stojąco - czad :) Buzar widząc co się święci zwiał wcześniej, twierdząc, że nie będzie się kompromitował na akademii. Jednak hipokryta jeden potem zwinął książkę o Magomedzie z jego dedykacją i autografem :) Całość trwała ze 4 godziny, a lezginki się nie doczekaliśmy. Sądziliśmy, że będzie to występ jakiegoś zespołu, a na koniec okazało się, że po prostu do występów mieli wszyscy się bawić i tańczyć lezginkę, tylko jakoś nikt nie miał ochoty :) Tylko parę taktów zatańczyli Magomed z bratem i jakimiś dziewczynami. Po tym wyczerpującym trochę uszy koncercie poszliśmy spać.

10 dzień, niedziela, 14.06.2009, Sogratl - Kubaczi, 200km

Dagestan dzień 10



Rano śniadanko, żegnamy się z naszymi gospodarzami i wyruszamy do Kubaczi. Buzar daje wnukowi naszego gospodarza jednego z zabranych na upominki multitulów. Tutaj kolejna ciekawostka, dziadek chłopaka przychodzi z jakąś drobna monetą do Buzara i mówi, że musi mu chociaż tyle zapłacić, ponieważ w multitulu jest nóż. Jak się okazuje w Dagestanie nie można dostać noża, trzeba go albo zdobyć albo kupić :) Dzień wcześniej Gassan, który dobrze zna Dagestan powiedział nam, dokąd sięgają asfalty i którędy damy radę przejechać motocyklami. Zaprasza też nas do siebie do Machaczkały. Wracamy przez Gunib do główniejszej drogi, potem na wybrzeże i przez Urkarah do Kubaczi - mimo, że jest krótsza trasa, to podobno nie damy rady tamtędy przejechać. Przy zaporze tym razem nie udaje się nam przemknąć i zatrzymują nas do kontroli. Trwa to dość długo, bo spisują chyba wszystko co się da, ale dzięki temu mam fotkę z wojskowym i kałachem przy GSie :)
Od Urkarah zaczyna się szutrówka. Najpierw zjeżdżamy w dół do przełęczy pomiędzy dwoma szczytami, a potem wspinamy się serpentynami na kolejny szczyt do Kubaczi. Zaczyna padać, ale na szczęście już dojechaliśmy do Kubaczi, bo w przeciwnym razie cienko byśmy wyglądali na mokrym, gliniastym podłożu. Gleba co 100 metrów murowana. Zatrzymujemy się przy sklepie by kupić coś do picia i zagadnąć o możliwość noclegu. Spotykamy tam małego, krzykliwego gościa w garniturze, który śmieje się, jak pytamy o motel, albo gdzie można rozłożyć namioty. Chyba nie ma zbytniej ochoty nas nocować, bo zaczepia jakiegoś innego gościa, by nas przenocował. Gdy tamten odpowiada, że nie ma problemu i bardzo chętnie, nasz rozmówca od razu proponuje nam nocleg :) Chyba przemyślał sprawę, że to nie on będzie się chwalił, że nocowali u niego motocykliści z Polski :) Znowu pada na mnie i biorę naszego już gospodarza na motocykl i jedziemy do niego do domu. Chata wielka, trafiliśmy na jakiegoś majętnego Dagestańczyka. Kubaczi, to miasteczko, w którym wszyscy zajmują się wyrobem przedmiotów ze srebra. Znajduje się tu spora fabryka tych przedmiotów wraz z muzeum. Nasz gospodarz okazuje się być głównym księgowym w tej fabryce. Przebieramy się - Ron zbiera opiernicz, za przebieranie spodni w korytarzu, bo w domu jest żona i mogła by czasem za dużo zobaczyć :) W ogóle nasz gospodarz jest dość krewki i krzykliwy, widać, że lubi rządzić. Zarządza więc obiad - smażone ziemniaki, coś na kształt frytek, z jajkiem i herbata. Żona biega, a jak my jemy, to siedzi na stołku pod ścianą i tylko wtrąca raz po raz parę słów do rozmowy. Księgowy trochę pokpiwa sobie z nas i coś tam marudzi o tym, że na pewniaka przyjeżdżamy i co to byśmy zrobili z noclegiem, gdyby nie on. My mu na to, że mamy namioty i spoko, obejdzie się :) Wszystko takim niby żartem, niby serio. Chyba gościu straszliwy sknera jest :) Broni nas jego żona, opierniczając go, że najpierw zaprasza, a potem chce nas wysyłać pod namiot i że za chwilę to on będzie spał na dworze :) Po obiedzie wybieramy się na zwiedzanie Kubaczi. Gdy wychodzimy, to pada pytanie, czy lubimy piwo. No trafił w dychę :) Wchodzimy do pierwszego sklepu, który prowadzi jego siostrzenica, bierzemy po piwku, nic nie płacimy i ruszamy dalej. Już jest fajnie :) Na głównym placu Kubaczi pakujemy się wszyscy do jakiejś Łady i zawożą nas gdzieś w górę miasta. Stamtąd wyruszamy na zwiedzanie starego Kubaczi. Budynki wyglądają niesamowicie - poprzyklejane jeden do drugiego, popodpierane drewnianymi belkami, tworzą na ulicach coś w rodzaju tuneli, długich przejść obok/pod nimi. Wszystko to na zboczu góry, uliczki i ścieżki jedne nad drugimi. Przy jednym z domów widzimy coś w rodzaju nagrobków. Są to pomniki na pamiątkę tych, którzy wyjechali z tych domów, nie wrócili i nie wiadomo co się z nimi stało, jednak nie wiadomo też czy umarli, czy żyją. Wychodzi do nas jeden z mieszkańców i opowiada historię jednego z tych pomników. Ruszamy dalej na zwiedzanie. Gospodarz pokazuje nam starą szkołę, do której chodził, dom którego był kiedyś właścicielem, opowiada o produkcji srebra i o sobie. Zwiedził trochę świata pracując tu i tam i twierdzi, że nie jest jakimś zagorzałym muzułmaninem. Wiara jak wiara, człowiek jest człowiekiem takim samym wszędzie i bóg jest jeden dla wszystkich twierdzi. Przy jednym z domów zatrzymuje się i każe nam poczekać na siebie. Za chwilę wychodzi z niego i woła nas byśmy weszli. Jest to jego dom, w którym się wychował, a teraz mieszkają w nim jego przyjaciele. Siadamy za stołem, na którym szybko pojawia się pół litra, sałatka, chleb i ser. Zostajemy poinstruowani, żeby za dużo nie jeść, dwa razy po 50 i wychodzimy. Cała wizyta z 15min :) Nasz przewodnik już ma trochę w czubie, zaczyna coraz śmielsze teorie o muzułmanach wygłaszać, Buzar też zaczyna juz swoje wywody - jest super :) Powoli kończymy naszą wycieczkę.
Znowu zwijamy jakąś ładę i tym razem już w 6 jedziemy na dół, gdzie jacyś pracownicy z fabryki stoją pod sklepem. Zamieniamy po parę słów - jeden z nich to chemik z fabryki - czym tam się zajmuje, to nie umiemy się dowiedzieć :) Jeszcze po piwku i zmierzamy do domu.
Pod domem małe zbiegowisko przy motocyklach, wszyscy oglądają i podziwiają. Poznajemy się z dwoma chłopakami, którzy obiecują nas jutro zabrać na wycieczkę do opuszczonej wioski. Wchodzimy do domu i wywołujemy małą awanturę rodzinną. Wygadaliśmy się, że mamy w motocyklach wódkę, którą dostaliśmy od Gassana i nasz gospodarz wysyła Buzara po jedną flaszkę, a obaj mają już nieźle w czubie. Gdy Buzar wraca, flaszka zostaje przechwycona przez gospodynię i zaczyna się mała kłótnia małżeńska, ale szybko się uspokaja. Gadamy jeszcze trochę i idziemy spać. Dostajemy wielki pokój na piętrze, śpimy na kołdrach rozłożonych na podłodze. Gospodarz daje nam zakaz schodzenia na dół do łazienki w nocy (i znowu nici z kąpieli, to już 4 noc z rzędu :) ) by "nie przeszkadzać" :) W zamian mamy do dyspozycji dwa wielkie zbiorniki na deszczówkę na tarasie i urządzony tam wychodek. Można przynajmniej gębę umyć i się załatwić :)

11 dzień, poniedziałek, 15.06.2009, Kubaczi - Achty, 235km



Rano skoro świt o 6 gospodarz wyrzuca nas z łóżek, dzwoni po wczoraj poznanych chłopaków (też ich z łóżek wyrywa) i jedziemy zwiedzać opuszczoną wioskę. Podjeżdżamy Ładą na górę miasta i tam już pieszo zboczami gór wędrujemy dalej. W sumie dobrze, że tak wcześnie, bo było przyjemnie chłodno. Widoki przepiękne, mijamy źródło wody - bardzo się przydaje, stare cmentarze, z góry możemy podziwiać uprawne poletka. Idziemy starą drogą, która była kiedyś wyłożona kamieniem, teraz pozostały tylko resztki. Docieramy do opuszczonej wioski, w której mieszka teraz tylko jedna rodzina. Wioska nazywa się Amuzgi i została założona przez bandytów wypędzonych z dawnego Kubaczi. Zajmowano się tam wyrobem broni białej. Wracamy do domu, przebieramy się w ciuchy motocyklowe (teraz już można w korytarzu, żony nie ma w domu :) ) i podjeżdżamy do muzeum, które znajduje się w fabryce srebra. Nasz księgowy zwraca nam uwagę na jednego z kręcących się tam ludzi i mówi, że to pracownik FSB (byłe KGB) i żebyśmy uważali na niego. Później rzeczywiście się przekonaliśmy, że był z FSB. Po muzeum oprowadza nas starsza pani, opowiada o wyrobach i pracy w fabryce. Najlepsze jest to, że gdy pytamy się o jakieś szczegóły z wyrobów, to ona prosi byśmy sobie wyciągnęli z gabloty i obejrzeli z bliska. Fajne muzeum :) Nabieramy szacunku do pracy, gdy pytamy się ile czasu wykonuje się taki np. zdobiony srebrny talerz. Około roku - pada odpowiedź. Po zwiedzaniu kupujemy u pani suweniry w postaci srebrnych bransoletek dla naszych pań, które zostały w Polsce. Żegnamy się z Kubaczi i jedziemy ponownie na wybrzeże. W planach twierdza w Derbencie i nocleg w tym mieście. Ponownie pokonujemy szutrówkę z serpentynami i na rogatkach Urkarah drogę zajeżdża nam jakaś Łada, która wcześniej czekała na uboczu, ze środka wyskakują mundurowi z długą bronią i nas zatrzymują. Przeglądają pobieżnie dokumenty i każą jechać za sobą na komisariat. Okazuje się, że to FSB - widocznie gostek z Kubaczi nadał sprawę do mundurowych. Na komisariacie kserują wszystkie dokumenty, pytają się o meldunek. Przydała się pieczęć z turbazy w Psebaju. Przesłuchujący nas funkcjonariusz nie ma pewności, czy pieczątka wystarczy, więc dzwoni gdzieś, ale z rozmowy wynika, że wsio ok. Potem wpada jakiś inny facet, starszy, po cywilnemu i zaczynają się pytania: czy wizy mamy, gdzie spaliśmy, u kogo, o czym rozmawialiśmy, po co przyjechaliśmy, czy mamy plan podróży (marszrutę) - no masakra jakaś. My na wszystko, że nie wiemy, o niczym, my tylko turyści, co to marszruta :) W końcu przyczepił się do naszego meldunku, że nie mamy żadnego papieru na to, ale tu zgasił go młody, że dzwonił i wszystko ok :) W końcu nas puścili. Zjeżdżamy na wybrzeże i lecimy w kierunku Derbentu. Przejeżdżamy jakiś tunel i kilkadziesiąt kilometrów dalej kolejna kontrola. Pytają się między innymi gdzie jedziemy. My na to, że do Derbentu, ale okazało się, że minęliśmy go 30km wcześniej :) Fakt, widziałem kawałek jakiś murów, ale nie sądziłem, że to to :) Decydujemy się więc jechać dalej, do Achty. Kolejny posterunek i kolejna kontrola, gdy z wybrzeża skręcamy w stronę gór. Nad górami widzimy chmury, zaczyna lekko padać. Śmigamy po drodze, jadę pierwszy i naraz widzę, że coś nie halo na asfalcie. To ze zbocza na asfalt spłynęła glina, która cienką warstwą pokryła drogę - lodowisko. Lekko hamuję, koło ucieka, więc tylko sprzęgło, by nie hamować silnikiem i zwalniam swobodnie. Było ciepło, a potem jazda po tym czymś kilkaset metrów - karamba. Mijamy most na rzece (droga biegnie wzdłuż rzeki pomiędzy dwoma łańcuchami górskimi) i za mostem stoimy. Po deszczu na zboczu powstał dość spory strumień wody i naniósł sporo piasku i kamieni wymieszanych z gliną. Po drodze śmiga traktor z pługiem i próbuje oczyścić jako taki przejazd. Praca syzyfowa, po woda nanosi cały czas nowe partie syfu. Zniecierpliwiona furgonetka podejmuje próbę przejazdu, która kończy się utknięciem. Odczekujemy jeszcze i Ron podejmuje próbę. Ledwo wjechał w błoto i utknął. Pomagam mu wyszarpać motocykl. Nie jest głęboko, ale ten żwir z gliną tworzą razem coś w rodzaju świeżego betonu, który łapie koła i nogi jak to beton :) Czekamy aż traktorowi uda się choć na chwilę oczyścić drogę i w końcu przemykamy się jakoś. Przed Achty kolejny posterunek, podobno już ostatni na tej drodze. Sprawdzają nas szczegółowo, bo blisko do granicy z Azerbejdżanem. Nie mogą się w ogóle nadziwić, że tu chcieliśmy przyjechać. Zatrzymują jakąś kolejną Ładę i gówniarzom w środku karzą nas zaprowadzić na komisariat w Achty, bo tam też mamy się zameldować, że przyjechaliśmy. Na posterunku wystraszeni gliniarze są w szoku, że tu przyjechaliśmy. Mówią nam byśmy stąd uciekali, bo niebezpiecznie, strzelają, napadają i w ogóle. Komisariat rzeczywiście zabarykadowany, wszyscy z długą bronią w pogotowiu i oczami latającymi dookoła. Stwierdzamy, że chyba tylko oni (w sensie milicja, wojsko) mają się czego bać, bo reszta ludzi na takich nie wygląda. Po sprawdzeniu dokumentów wypytujemy się o jakieś miejsce do spania. Jeden z tubylców mówi nam, żebyśmy pojechali 5km dalej do Kurykał, 
tam ponoć jest gdzie spać i są ruskie banie z wodą z gorących źródeł. Dojeżdżamy na miejsce - jest na końcu drogi jakiś stary pokomunistyczny ośrodek. Załatwiamy spanie w starym budynku ośrodka - 4 łóżka i nic więcej, ale cena 80 rubli za wszystkich. Rozpakowujemy się i zamawiamy banię za 50 rubli za godzinę. Mamy trochę czasu, aż się zwolni miejsce, więc idziemy na poszukiwanie jakiejś knajpki. Knajpka zamknięta, więc zasiadamy przy piwku pod jakimś namiotem, gdzie obsługuje nieźle nawalony Dagestańczyk.
Po piwku idziemy do bani. Bania to budyneczek z przedsionkiem i mini łaźnią z dwoma basenikami. Wszystko stare, zaniedbane i z grzybami na ścianach, w dodatku nieźle zapodaje charakterystyczny zapach wody z gorących źródeł. Do baseników nie dajemy rady wejść, woda ma 50 stopni, ale daje się w niej tylko zanurzyć nogę na kilka sekund - nie wiem jak tam oni włażą cali do niej. Myjemy się (pierwszy raz od 5 dni) i tylko polewamy się tym ukropem za pomocą zastanej miski. Po bani wybieramy się do sklepu po piwo, jakieś pieczywo i zagryzamy tym kabanosy dowiezione z Polski na ławce przed wejściem do naszej noclegowni.

12 dzień, wtorek, 16.06.2009, Achty - Machaczkała, 262km



Rano zbieramy się powoli. Na terenie naszego noclegu odkrywamy chyba najgorszy kibel wyjazdu - nikt nie dał rady skorzystać :) Na szczęście w innym miejscu był wychodek postawiony na strumyczku wpływającym do rzeki. Czysto, nie śmierdzi, bo wszystko od razu spływa dalej :) To był jeden z lepszych kibelków :) Od dzisiaj wracamy już do Polski, dalej nie będziemy. Mamy pewne obawy co do stanu drogi, bo w nocy padało, a błotne lodowisko z poprzedniego dnia nie pozostawiło miłych wspomnień. Przy wyjeździe ponowna kontrola, a jakże. Droga okazała się w dobrym stanie, zdążyła już przeschnąć, jednak w miejscu gdzie wczoraj ślizgaliśmy się po błocie stoją w kolejce samochody. Podjeżdżamy na początek i okazuje się, że ze zbocza osuwa się lawina kamieni i głazów, nie da się przejechać. Po drugiej stronie osuwiska czeka spychacz, aż przestanie się sypać z góry. Zanim się uspokoiło i spychacz oczyścił drogę zdążyliśmy poznać wszystkich oczekujących na przejazd :) Oczywiście podstawowe pytania to ile kosztuje i jak szybko jedzie :) Śmigamy dalej i docieramy do Derbentu. Przed Derbentem posterunek i kontrola - bez obaw, po drodze były jeszcze dwie inne. Zabierają dowody rejestracyjne, prawka i znowu: skąd, dokąd, po co, na co. Buzar zniecierpliwiony wyciąga jedne z dokumentów wprost z ręki milicjanta i obserwuje jego reakcję. Widząc, że jest w zbyt dużym szoku by na to zareagować, zabiera mu resztę, pakujemy się na motocykle i wjeżdżamy do miasta :) Zwiedzamy twierdzę - robi wrażenie. Z murów piękny widok na miasto i Morze Kaspijskie. Dobrze, że wysoko i nie widać syfu na ulicach przez jaki musieliśmy przejeżdżać. Z Derbentu jedziemy do Machaczkały. Wcześniej Buzar dzwoni do Gassana i załatwia u niego nocleg. Umawiamy się na pierwszym posterunku przy wjeździe do Machaczkały. Dojeżdżamy do niego i oczywiście nas zatrzymują. Gliniarz do Rona, że gdzieś tam po drodze jechaliśmy 120 zamiast 60. Wyśmiewamy go, a on twierdzi, że ma to na radarze. No to my, żeby pokazał no i się skończyła rozmowa :) Rozkładamy się przy jakiejś knajpce koło stacji benzynowej, motocykle na widoku i czekamy przy kawce na Gassana. Po 0,5h zjawia się Gassan w swoim ulubionym Volvo 740 i prowadzi nas do swojego domu. Po drodze przyuważa nas miejscowy bajker i jedzie za nami. Gassan mieszka w zwykłym bloku (sprzedał poprzednie mieszkanie, bo buduje się gdzieś pod Machaczkałą), ale pod blokiem nie zwykłe bryki. Jakieś 2 Leksusy, Porshe Cayenne i inne jakieś lepsze. Z motocyklistą, który przyjechał za nami umawiamy się na wieczór, z resztą zostawiamy to w gestii Gassana, w końcu do niego przyjechaliśmy. Wchodzimy na górę przez pancerne drzwi klatki. podobne, obite blachą drzwi są do mieszkania Gassana. Tam robimy mały burdel w przedpokoju zrzucając nasze nieźle już zapodające ciuchy motocyklowe. Żona Gassana przygotowuje nam herbatę i jedzenie, a my oglądamy ponagrywane przez niego filmy z lotów samolotem i lotniami. Gassan już od młodości interesował się lotnictwem. Oglądamy filmy z początku lat 90tych, jak rozpadł się Związek Radziecki, jak Gassan ląduje sobie swoim samolocikiem w środku miasta na ulicy :) Opowiadał, że w końcu przyczepiło się do niego FSB za to i chcieli go zatrzymać, ale powiedział, że już idzie, tylko przestawi samolot z ulicy na bok. Wsiadł, zawinął ogonem i im zwiał :) Teraz Gassan nadal lata z kumplami, przy czym jeszcze do tego dorabiają opryskując pola - przyjemne z pożytecznym. pokazuje też filmy z budowy samolotu przez jego znajomego. Garażu przy domu powstaje samolot. Na filmach nie potrafi się wzbić, bo ma za słaby silnik, Gassan twierdzi jednak, że już lata, z nowym silnikiem. Oglądamy też jak Gassan ze znajomymi budują jachty. Ze zdziwieniem dowiadujemy się, że tylko jego znajomy potrafi budować jachty, które nie toną przy szybkim płynięciu po Morzu Kaspijskim. A to dlatego, że podobno każde morze ma swoją specyfikę i do niej należy dostosować kadłub. Projekt powstał przy pomocy rosyjskich przemytników, Gassan uśmiał się, jak pytaliśmy dla kogo był budowany jacht na filmie :) Aktualnie Gassan zajmuje się produkcją wódki, ponoć bardzo czystej, potrójnie destylowanej, bezkacowej :) Sam Gassan nie pije żadnego alkoholu, o czym mogliśmy się przekonać już wcześniej w Sogratl. Po jedzeniu i filmach wybieramy się na zwiedzanie Machaczkały. Gassan podjeżdża po nas wypasionym na maksa i bez tablic rejestracyjnych Mercedesem S500. Merc jest siostrzeńca, który zajmuje się wożeniem par do ślubów, pokazuje nam potem jego firmę, na której podjeździe stoi długi Lincoln i kilkunastometrowy Hummer. No tak to możemy zwiedzać :) Śmigamy sobie jak VIPowie przez miasto i rozmowa schodzi oczywiście na samochody. Buzar opowiada coś o swoim Tuaregu, na co Gassan, że też miał kiedyś Tuarega, ale w Dagestanie moda na Tuaregi była 2 lata temu, a teraz jest moda na Porshe Cayenne :))) ROTFL!! Zajeżdżamy na wzgórze nad Machaczkałą skąd rozciąga się piękny widok na miasto, morze i górę śmieci pod naszymi stopami. Stoi pełno samochodów, głównie ład z przyciemnionymi na maksa szybami. Cykamy fotki, kręcimy filmy, a Buzar prowadzi strasznie interesujące rozmowy z Gassanem. Zbieramy się do dalszego zwiedzania. Przejeżdżamy obok widocznego z góry, ogromnego meczetu, robimy mały spacerek po głównym placu Machaczkały, wstępujemy na chwilę na plażę i na koniec podjeżdżamy do knajpy motocyklowej. Knajpa nazywa się - a jakże by inaczej - 2 kolesa czyli 2 koła :) Poznajemy tam resztę lokalnych bajkerów i piwkujemy. Już wcześniej rozmawialiśmy z Gassanem czy da się przejechać przez Czeczenię i mówił, że spokojnie. Bajkerzy to potwierdzają, co więcej znają motocyklistów z Groznego i nas z nimi umówią. Nurik, jeden z obecnych, obiecuje nam, że jutro odprowadzi nas na swoim motocyklu do Groznego, byśmy nie mieli problemów na kontrolach. W knajpie nie siedzieliśmy za długo i wróciliśmy do domu Gassana. Myśleliśmy, że na tym koniec atrakcji, ale nie :) Gassan wyciągnął dwie flaszki swojej wódki i stwierdził, że z okazji naszego przybycia to on się jednak napije :) Siedzieliśmy tak ze 2 godziny i gadaliśmy o silnikach motocyklowych w samolotach, sytuacji Dagestanu i innych pierdołach. Nawet żona Gassana została poproszona o wychylenie jednego kielona z nami.

13 dzień, środa, 17.06.2009, Machaczkała - Tyrnyauz, 459km



Rano jak obiecywał Gassan, obudziliśmy się prawie bez kaca, tylko Ron strasznie narzekał i nie mógł się podnieść z wyra. Szybkie śniadanko i zbieramy się do wyjazdu. Pojawia się Nurik na Bandicie i wyruszamy w kierunku Groznego. Gassan odprowadza nas na wylot z Machaczkały, gdzie się z nim żegnamy. Nurik prowadzi i dzięki niemu mamy spokój z kontrolami. Na każdej zagaduje z milicjantami, że jesteśmy jego kumplami, odprowadza nas do Groznego i nie ma co kontrolować :) Droga niezła, ale jedzie nią masa samochodów i ciężarówek. Jadę za Nurikiem i w pewnej chwili gubię z oczu Buzara z Ronem. Początkowo się nie martwię, bo w sumie sporo samochodów i może zasłania ich jakaś ciężarówka. Zwalniamy, ale się nie pojawiają więc zatrzymujemy się na poboczu. Do nurika podjeżdża jakaś Łada i kierowca mówi, że coś tam się stało. No to mi się już ciepło zrobiło. Zawracamy i na szczęście widzę Buzara i Rona jadących w naszą stronę. Okazało się, że Ron nie zapiął porządnie pokrywy kufra i mu pofrunęła w czasie jazdy, dobrze, że Buzar nie nią oberwał. Na granicy Czeczeńskiej czeka nas poważniejsza kontrola. Znowu pytania skąd, dokąd, po co, na co, sprawdzanie dokumentów, jakieś telefony do dowództwa itp. Wszystko wśród żołnierzy pilnujących nas pod długą bronią. Najlepszy był jeden taki, cały w panterce, nawet okulary przeciwsłoneczne miał w panterkę, łącznie ze szkłami :) Mało mu się w twarz nie roześmialiśmy. Pocwaniakował i poszedł sobie. Po 30 minutach ruszamy dalej. W Groznym tankujemy na stacji i spotykamy się z lokalnym bajkerem - Muslimem - z którym umówił się Nurik. Prowadzi nas na razie do knajpki, gdzie jemy obiad (kluski z mąki pszennej i kukurydzianej, podgotowana suszona baranina i coś w rodzaju naszego rosołu) i czekamy na resztę lokalesów. Przyjeżdżają na dwóch motocyklach, w tym jeden na nowym GSXR 1000 K7.
Z knajpy śmigamy do centrum. Grozny nas zaskakuje - zero śladów po wojnie, ulice czyste jak nigdzie w Rosji, asfalty nowe i bez dziur, piękne budynki i domy. Tylko prawie na każdym rogu patrol milicji lub wojska. W centrum największe zaskoczenie. Stoi olbrzymi meczet z marmurów i piaskowca, widać, że nówka sztuka. Wokół trawniki i fontanny, ludzie spacerują, normalnie sielanka. Nasz przewodnik po Groznym - Muslim - pracuje jako informatyk w telewizji i mówi, że ściągnie ekipę z TV, by zrobiła z nami wywiad. W międzyczasie oglądamy meczet. Naprawdę robi wrażenie swoim wyglądem. Nie wchodzimy do środka, bo trzeba przed wejściem się umyć (jest specjalne miejsce z kranikami i marmurowymi stołeczkami, gdzie można się obmyć), a nam nie za bardzo uśmiecha się wyłażenie z ciuchów i butów motocyklowych.

Pojawia się ekipa TV, robią parę ujęć i odpowiadamy łamanym rosyjskim na pytania. Wokół nas robi się małe zbiegowisko, z czego połowa to jacyś mundurowi. Jest nawet jeden radiowóz - nowe BMW serii 5 czy 7 :) Pojawia się też kilku kolejnych bajkerów. Słońce strasznie grzeje, a chcą jeszcze porobić parę ujęć jak jeździmy. No to zbieramy się i toczymy się po ulicach. Staje się to coraz bardziej męczące, więc powoli zbieramy się do wyjazdu w dalszą drogę. Zatrzymujemy się na obrzeżach miasta pod wielkim napisem Grozny, robimy wspólne fotki, żegnamy się i lecimy dalej. Grozny i cała Czeczenia (przynajmniej to co widzieliśmy z drogi) zaskoczył nas swoim wyglądem. Wszystko pięknie odbudowane, zero śladów po wojnie (gdy pytaliśmy się Muslima o jakieś zniszczone wojną budynki, to nie potrafił powiedzieć, czy jest coś takiego w Groznym), ludzie zadowoleni. Widać, że jest tam pompowana straszliwa kasa, by ludziom dobrze się żyło i nikt nie myślał o jakiejś kolejnej wojnie o niepodległość. Słychać to nawet w rozmowach, że zwłaszcza młodzi mają dość wojen i zwyczajnie w świecie chcą sobie spokojnie żyć, jeździć motocyklami i bawić się. Wielu nawet ma koszulki lub bluzy z napisem Rosja i obnoszą się z tym, że są częścią Federacji, co nas kompletnie zaskoczyło. Niestety nie wiemy jak to wygląda w innych częściach Czeczenii, być może sami zostaliśmy zmanipulowani :( Jedziemy dalej. Przed nami Inguszetia i ponowna kontrola, a nawet dwie. Najpierw czeczeńska potem inguska. Tu nas zdenerwowali bezczelni gliniarze, czy też wojskowi. Najpierw jeden mnie szturchał pałką, coś tam marudził o suwenirach, myślałem, że mu się zaraz odwinę, ale powstrzymywał mnie widok kałachów. Zabrali Ronowi flaszkę wódki z Dagestanu, zażyczyli sobie fotki z nimi i w końcu puścili, patałachy jedne. Dalsza droga to już kontrola za kontrolą. 200km jechaliśmy ponad 4 godziny. Na każdej z granic po dwie kontrole, do Osetii to prawie jak do innego kraju się wjeżdża - normalnie odprawa paszportowa była. Do tego jeszcze posterunki przy każdym większym mieście. Ciekawe zdarzenie mieliśmy w Biesłanie. Zatrzymał nas patrol policji za rzekome wyprzedzanie na zakazie. Już wcześniej zaczęliśmy stosować taktykę, że nic nie rozumiemy po rosyjsku. W ten sposób kontrole trwają szybciej i ciężko im wyłudzić jakąś kasę. Ale w Biesłanie to Buzar z Ronem już kabaret na maksa odwalili. Oczywiście na wstępie my po polsku Dzień Dobry, o co chodzi, itp. Gliniarze wzięli dokumenty do radiowozu i coś tam po rosyjsku do Buzara i Rona gadają o mandacie, czyli sztrafie po rosyjsku. Buzar z Ronem udają, że nic nie rozumieją, cały czas do siebie po polsku i na słowo sztraf reagują: "Aaaa, sztraf, sztrase!? Ulica? Tak, my chcemy tam jechać, prosto, a potem w prawo." :) Gliniarze jeden do drugiego, że nic nie rozumieją, co my mówimy :) Tłumaczą coś na migi o wyprzedzaniu, ale nadal głupków zgrywamy. W końcu pytają się wprost o "diengi" (pieniądze po rosyjsku), na to Buzar: "Aaa, dzięki?! Dzięki, dzięki, bardzo dziękujemy" i grabulę podaje :) Jeszcze coś o "money" ruscy gadali, to dostali odpowiedź, że tak, mamy - w banku :) Na koniec oddali dokumenty i kazali jechać :) Była by tylko mała wtopa, bo Ronowi na początku, jak gliniarze gadali o zakazie wyprzedzania, wymsknęło się, że stary tekst no i to zrozumieli, ale i tak łyknęli, że nic nie kumamy :) W planach na dzisiaj jeszcze Elbrus, więc kierujemy się na Nalczik. W Nalcziku przerwa na kawę (chyba najdroższą przez cały wyjazd) i od lokalesa dowiadujemy się, że spokojnie znajdziemy nocleg pod Elbrusem. Lecimy więc dalej choć zaczyna się ściemniać, a przed nami ponad 100km. Skręcamy w bok w kierunku Kaukazu i jedziemy już po ciemku. Podążamy kanionem jakiejś rzeki, po obu stronach strome góry, ale jest ciemno i nie ma jak podziwiać. Nie docieramy do końca, bo zaczyna kropić, a jazda przez góry nocą sama w sobie jest już niebezpieczna, nie licząc ruskich wariatów w samochodach. Zatrzymujemy się w miejscowości Tyrnyauz przy milicjantach z patrolu. Zanim się od nich dowiedzieliśmy gdzie jest hotel, to musieliśmy dać im parę chwil, by ochłonęli z szoku, jak zobaczyli 3 motocyklistów o 22.00 u siebie na wiosce :) Hotel jest całkiem blisko, znajduje się przy stadionie sportowym (Ruscy to nawet w górach stadion wybudują :) ) Płacimy po 350 rubli od łebka, pokój bez łazienki, na korytarzu zresztą też nie znaleźliśmy prysznica, dobrze że kibelek był :) Kolacja z chińskich zupek i ryby w puszce, bez piwa, bo nie było żadnej knajpy.

14 dzień, czwartek, 18.06.2009, Tyrnyauz - Psebaj, 488km



Rano zbieramy się i atakujemy Elbrus. W nocy nieźle lało, drogi mokre i też coś tam leci z nieba. Jednak przed celem jest już sucho i nie pada. Dojeżdżamy do stacji kolejek linowych i kupujemy bilety na przejazd - 600 rubli od osoby. Ponieważ wyciągi czekają, w jednej z knajpek jemy późne śniadanie. N górę jedzie się dwoma kolejkami. Pierwsza jest nowa, widać niedawno wybudowana, wagoniki nowoczesne, kilkuosobowe. Mamy niezły ubaw, bo z nami nikt nie chce wsiąść - nie wiem dlaczego, tak już śmierdzimy? :) Po drodze obserwujemy z góry Kraza, który wspina się po nartostradzie i okoliczne góry. Drugi etap to już stara kolejka, tylko dwa wagoniki, chyba na 20 osób. Pakujemy się z resztą turystów i jedziemy na górną stację. Tam wita nas śnieg i niska temperatura, ale nie ma tragedii, bo chyba jest na plusie. Niestety z widoków nici, bo jesteśmy w samym środku chmur. Robimy wywiad ze szczytu Elbrusa, parę fotek i zjeżdżamy na dół. Przed odjazdem kolejki śmieszne zdarzenie. Do wagonika wchodzi jakiś typek i chce bilety do kontroli i tylko od nas. Najpierw dyskutujemy kim on jest, że nas kontroluje, bo nie ma żadnego identyfikatora, w końcu pokazujemy bilety. W czasie jazdy dochodzimy do wniosku, że zmyliły go nasze motocyklowe ciuchy i pewnie myślał, że to jakieś do wspinaczki i że weszliśmy pieszo na górę, a na dół chcemy na gapę :))) Ron przypuszcza, że pewnie najbardziej myląca była jego specjalistyczna, alpejska czapeczka :) Na dole spotykamy dwóch Polaków, którzy usiłowali wejść na szczyt. Niestety ze względu na złe warunki pogodowe nie udało im się, zabrakło 300m. Siedzieli 5 dni pod szczytem, w ostatni próbowali wejść, ale było tak mglisto i biało, że zaczęli mieć halucynacje i zrezygnowali. Pogadaliśmy z nimi trochę i ruszyliśmy dalej. Po drodze pogoda w miarę ok, ale czym bardziej oddalaliśmy się od gór, tym gorzej, aż w końcu zaczęło padać. Kierowaliśmy się na Psebaj, ponieważ z powrotem chcieliśmy wracać przez Krym. Z pogodą coraz gorzej, leje coraz mocniej, a ja durny nie wyciągam przeciwdeszczówki, bo za każdym wzgórzem mam nadzieję, że przestanie padać :) W końcu jestem tak przemoczony, że zakładanie kondona nie ma sensu. Zatrzymujemy się na tankowanie, w barze na kawie nawet nie siadam, bo leje się woda ze mnie jak z kranu i szkoda knajpianych mebelków. Przejeżdżamy znowu przez Kaukaz, tą samą drogą co w przeciwnym kierunku. Na 2000m nie dość, że leje, to jeszcze nieźle zimno, jest coraz nieprzyjemniej, ale zaciskamy zęby i lecimy dalej. Zbliżamy się do Psebaju i zatrzymują nas na znanym nam posterunku - 4 już raz :) Ekipa się zmieniła, są jacyś w białych koszulach. Sprawdzają wszystko szczegółowo, nawet zieloną kartę, no ale nie mają się do czego czepić. Ale w końcu znaleźli coś :/ W oczekiwaniu na dokumenty zapaliłem sobie fajkę i już jeden z mordą, że tu jest zakaz palenia. Ja zdziwiony i mówię, że wszędzie palą i że nawet znaku nie ma. No to mi pokazują napis po rusku, że zakaz palenia. Kłócimy się, że powinien być znak, ale nic to nie daje - jest powód do łapówy. Jeden udaje, że szuka formularza na mandat, a drugi odciąga mnie na bok, i pokazuje, że mam dać jakąś kasę. Wyśmiewam go i mówię, że niech piszą mandat, zapłacę. Jeszcze chyba z 5 razy upewniają się, że mają pisać i czy na pewno tego chcę, w końcu oddają dokumenty i każą odjeżdżać bez niczego, łapówkarze jedni. Docieramy kompletnie przemoknięci do Psebaju do znanej nam turbazy. Tam masa dzieciaków i rowerów - odbywa się jakieś zgrupowanie kolarzy górskich. Baliśmy się, że nie będzie miejsca, ale spoko, w cenie jak poprzednio (300 rubli od osoby) dostaliśmy 3 pokojowy apartament z lodówką, tv i łazienką :) Ciekawe czy wcześniej z nas zdarli, czy teraz ktoś się pomylił :) Buzar załatwia formalności, Ron ze mną idzie do sklepiku po coś do jedzenia i oczywiście piwo :) Rozkładamy się z przemoczonymi ciuchami i korzystamy szczęśliwi z prysznica, bo znowu przez 3 dni (od Machaczkały) się nie kąpaliśmy.

15 dzień, piątek, 19.06.2009, Psebaj - Dżanhot, 396km



Zmierzamy w kierunku Krymu. Omijamy główne drogi i przez Kaukaz kierujemy się na wybrzeże Morza Czarnego. Widoczki niezłe, po drodze nawet kilka kilometrów szutru, bo chyba zabrakło im asfaltu, by okolice szczytów porządnie zrobić :) Do morza dojeżdżamy w Tuapse i oczywiście kolejna kontrola. Rona GPS wywodzi nas w pole, ale go prostujemy i jedziemy dalej. Na stacji benzynowej obgadujemy co dalej, bo trochę się przeliczyliśmy z kilometrami i czasem. Wydawało się, że powrót zajmie nam więcej czasu, ale droga przez Czeczenię i paradoksalnie deszcz przyspieszyły naszą podróż. A zapraszano nas na jeden dzień dłużej i w Machaczkale i jeden dzień w Groznym, z czego zrezygnowaliśmy i teraz szkoda :) Podejmujemy decyzję, że zrobimy sobie jeden dzień laby w Dżanhocie, tam gdzie 5 lat temu nocowaliśmy z Buzarem, gdy jechaliśmy do Armenii. Do Dżanhotu trafiliśmy bez problemów, na miejscu znaleźliśmy nawet dokładnie to samo miejsce, gdzie nocowaliśmy 5 lat temu. Pani właścicielka nawet nas pamiętała :) Oddaliśmy ciuchy do prania (za friko) i oczywiście piwko wieczorem przed domem :) Nocleg 15$ od osoby.

16 dzień, sobota, 20.06.2009, Dżanhot, 0km

Rano nigdzie się nam nie spieszy, mamy zamiar iść na plażę, ale zbieramy się dopiero po 14.00 :) Po drodze w lokalnej jadłodajni, obsługiwani przez chyba ponad 2 metrową Tatianę, wciągamy obiad i udajemy się na kamienistą plażę. Trochę pływamy, ale kiepsko nam to idzie i po godzinie zbieramy się z powrotem. Robimy jeszcze małą wycieczkę po miasteczku (nic tam nie ma) i piwkujemy w przydomowym ogrodzie gadając z namolnym gościem pensjonaciku. Ron twardo obstaje przy tym, że jesteśmy szpiegami z Republiki Luksemburg :)

17 dzień, niedziela, 21.06.2009, Dżanhot - Sudak, 366km



Jedziemy w stronę Krymu. Dojeżdżamy bez większych przygód do portu i zabieramy się za załatwianie biletów na prom. Kończy nam się gotówka, więc Buzar pyta się w kasie po ile bilety, wychodzi na to, że po około 1000 na łebka. Śmigam do bankomatu - na szczęście jest - i wypłacam 3 koła. Jak się okazało niepotrzebnie, bo trochę ponad 1000 kosztowały bilety dla 3 wraz z motocyklami, a Buzar się pytał 5 razy, czy to cena za jednego czy za wszystkich :/ Stoimy w kolejce do wjazdu na teren portu, w końcu nas wpuszczają. Kolejne załatwianie milionów papierków i próba wyłudzenia łapówki. Jakiś koleś z milicji przyczepił się, że nie mamy meldunku, a pieczątka z Psebaju na odwrocie karty imigracyjnej nie wystarczy. Buzar ostro się wykłóca i ratują nas rachunki za pobyt w turbazie, które na szczęście zachowałem. Po ukraińskiej stronie też odprawa, ale tym razem w miarę sprawnie - wzięli dokumenty i paszporty i wszystko sami załatwili. Popatrzyli jedynie do kufrów, czy czasem czegoś nie przemycamy. No i dopytywali się, którędy będziemy wyjeżdżać z Ukrainy. My na to, że nie wiemy, ale w końcu musieliśmy im coś powiedzieć i wpisali tą samą miejscowość, przez którą wjeżdżaliśmy ponad 2 tygodnie temu. Droga przez Krym spokojna, kierujemy się do Sudaku. Mijamy po drodze parę wypoczynkowych miejscowości na wybrzeżu i w końcu docieramy na miejsce. Jest już za późno na zwiedzanie twierdzy, więc u siedzącej na ulicy babci wynajmujemy pokój do spania. Tu znowu musiałem wziąć pasażera. Koleżanka babci władowała mi się na siedzenie, by pokazać drogę dla motocykli, bo na pieszo jest inna i krótsza. Przed bramą, gdy już dojechaliśmy, to spadła mi z motocykla zsiadając :) Niestety nawet nie mogłem pomóc jej się podnieść, bo miałem moto na biegu i zanim wrzuciłem luz, to babcia już się podniosła :) Na wejściu zostaliśmy od razu zastrzeleni poleceniem ściągnięcia ciuchów moto w kuchni dla gości i wykąpania się, zanim nas wpuści do pokoju :) No nic, co robić, spełniliśmy polecenie babci :) No ale dzięki temu szybko się pozbieraliśmy po jeździe i zdążyliśmy jeszcze wyskoczyć do knajpki pod zamkiem na coś do jedzenia i piwo.

18 dzień, poniedziałek, 22.06.2009, Sudak - Pierwomajsk, 601km



Rano obudziła nas babcia i kazała się wynosić do 9.00, bo ponoć nowi goście mają przyjść. Nawet motocykli na podwórku nie pozwoliła zostawić, żebyśmy mogli w zwykłych ciuchach zwiedzić zamek. Zołza jedna, później ją widzieliśmy w tym samym miejscu jak polowała na nowych klientów, by ją pokręciło. W pół godziny obskakujemy zamek, a potem jemy śniadanie w jadłodajni tuż obok. Najedzeni zbieramy się w dalszą drogę. W Pierwomajsku tyłek ratuje nam Ron, bo się nam popieprzył Pierwomajsk z Melitopolem, gdzie popsuł się Triumph Buzara. Na szczęście Ron rozpoznał rondo i doprowadził nas do hotelu gdzie nocowaliśmy poprzednio. Oczywiście odwiedziliśmy też całodobowy supersam, gdzie zaopatrzyliśmy się w piwko. I z tym wiąże się kolejna historia. Gdy już zasiedliśmy sobie z zimnym piwkiem w pokoju, Ron odkrył rzecz straszliwą - jego i moje piwa są bezalkoholowe. Tylko Buzar miał dobre, bo inne :) Ale prawdziwy motocyklista poradzi sobie w każdej sytuacji. Skoczyliśmy do Buzara motocykla po ćwiartkę Żytniej, którą miał zmelinowaną i doprawiliśmy nią piwa :)

19 dzień, wtorek, 23.06.2009, Pierwomajsk - Kamieniec Podolski, 446km



Rano znowu awaria Triumpha. Już wczoraj wieczorem przy smarowaniu łańcucha Tiger coś krzywo stał. Okazało się, że zaginęła jedna śruba od centralnej podstawki. Za pomocą młotka i śruby znalezionych na kupie złomu z tyłu hotelu Buzar naprawia awarię. Przy okazji poznajemy właściciela hotelu, który o dziwo okazuje się starszym panem z Niemiec - zapomniał wrócić, czy jak? :)) W planach mamy Kamieniec Podolski. Trasę wybieramy na skróty, bocznymi drogami, dzięki temu zaliczamy kilka kolejnych szutrowych dróg. Na jednej z nich doszło niemal do zderzenia Buzara, uwaga, z innym motocyklistą :) Przez lasek prowadziły dwie równoległe szutrówki i naraz z tej drugiej zza krzaczorów wyskoczył jakiś chłopaczek na Iżu, czy czymś takim prosto pod koła Buzara. Na szczęście hamowanie obu i szybki manewr Buzara uratowały sytuację. Po drodze zaliczyliśmy jeszcze obiad pod spożywczakiem w jakiejś wiosce, gdzie dokarmialiśmy psa. Biedny był tak zdezorientowany tą ilością żarcia (Ronowi nie podeszła zakupiona kiełbasa), że nie wiedział co z tym zrobić. Mieliśmy pewne obawy, że nie wie jak to zakopać, bo nigdy nie miał za dużo, ale instynkt był silniejszy i piesio zakopał sobie kiełbasę na później :) Podczas tankowania gdzieś w trasie Buzar odebrał pozdrowienia od Wojtka właśnie z Kamieńca Podolskiego, gdzie był ze swoją dziewczyną, Benkiem i Mirą. Zadzwonił do niego i umówiliśmy się na spotkanie i poprosiliśmy o załatwienie dla nas noclegu tam gdzie i oni nocowali, czyli w parafii prowadzonej przez polskich księży. Niesamowity zbieg okoliczności :) W drodze do Kamieńca, już asfaltami, kolejna przygoda. W TIRze jadącym z naprzeciwka wystrzeliła opona. Ja niemal spadłem ze strachu od huku z motocykla, a Ron oberwał kawałkiem opony po udzie, ale na szczęście nic oprócz małego siniaka nie było. W Kamieńcu Ron z Buzarem szybko zwiedzili zamek (było pół godziny do zamknięcia), ponieważ ja już go zwiedzałem, to wspaniałomyślnie pilnowałem motocykli :) Zalogowaliśmy się w parafii - warunki prawie luksusowe, pokoje z łazienką i czyściutko, 15$ od łebka - się cenią. Wojtek z ekipą wybierają się do Mołdawii, a potem w Alpy. Posiedzieliśmy wieczorem przy piwku w knajpie i wymienialiśmy się opowieściami z podróży.

20 dzień, środa, 24.06.2009, Kamieniec Podolski - Lesko, 453km



Z Kamieńca lecimy już do Polski przez przejście w Krościenku. Po drodze zahaczamy jeszcze o Jazłowiec, gdzie swoje miejsce ma zakon polskich sióstr. Jest on o tyle ciekawy, że kaplica w której po śmierci chowane są do dzisiaj siostry, w czasie II Wojny Światowej i przez cały okres komunizmu była zasypana ziemią. Dopiero po obaleniu komuny została ona odkopana. Zwiedzamy kaplicę i okoliczny, bardzo klimatyczny park. Obok zakonu są także ruiny zamku, ale niestety nie daje się na nie wejść. Obchodzimy je tylko dookoła. Kolejną atrakcją są ruiny starego kościoła katolickiego, w którym znajduje się grobowiec średniowiecznego polskiego kompozytora - Mikołaja Gomułki. Także jest niedostępny, ale tym razem udaje nam się przecisnąć przez szczelinę w bramie. Odwiedzamy też stary cmentarz i kaplicę w Jazłowcu. Gdy byliśmy tam poprzednio, podczas podróży do Armenii, to w podziemiach kaplicy można było zobaczyć splądrowane stare trumny z porozrzucanymi i wysuszonymi zwłokami. Teraz już wejście zostało zamurowane, a przez okienka można było zobaczyć, że ktoś uporządkował wnętrze, zapewniając mu właściwy spokój. Nie mniej sama kaplica z zewnątrz i w środku wygląda klimatycznie - zrujnowana, obrośnięta wysokimi chwastami, ale w środku jest zaimprowizowany ołtarz i leżą postawione przez kogoś kwiaty i świece. Cykamy fotki i opuszczamy Jazłowiec. Reszta drogi spokojnie, do granicy docieramy pod wieczór. Kolejka ogromna, ale wbijamy się pod sam szlaban :) Jakiś ukraiński pogranicznik coś marudzi, ale nie dajemy się, wymawiając się nadchodzącym deszczem. Niestety za szlabanem nie lepiej, szykują się ze 3h stania. Jakiś facet z kolejki, mówi nam byśmy poszli do pograniczników spytać się, czy nie odprawią nas bez kolejki, bo tu motocykliści zawsze tak robią. W sumie racja, 90% ze stojących samochodów to "mrówki" z jakimś towarem. Udaje się nam i jesteśmy na początku kolejki. Odprawa trochę dłuższa, z zaglądaniem do kufrów, ale bez problemów. Po Polskiej stronie podobnie. Czujemy już nosem nasze własne łóżka w domach, więc postanawiamy lecieć od razu do Wrocławia. Jednak na horyzoncie zbierają się czarne chmury, grzmi, błyska się, mijamy podtopione miejscowości i Buzar z Ronem wymiękają, chcą nocować. Mi samemu nie uśmiecha się jechać, więc zostaję z nimi skuszony wizją zimnego piwa w ciepłym hotelu :) Wciągamy smaczny obiad na kolację (postawiony przez Buzara z okazji pewnej wygranej) i siedzimy przy piwie gadając o wyjeździe i oglądając nagrany przez mojego kumpla Macieja nasz wywiad dla TV w Groznym. Nocleg 250zł za 3os. pokój.

21 dzień, czwartek, 25.06.2009, Lesko - Wrocław, 494km



Rano pochmurno, ale nie pada. Wsiadamy na motocykle i pędzimy do domu. Przebijamy się przez zakorkowane drogi do A4 i około 16 jesteśmy we Wrocławiu. Ostatnia fotka na stacji z napisem "Wrocław" w tle i rozjeżdżamy się do domów (Ron jeszcze 200km do Żar, gdzie wywiało jego dziewczynę).

Podsumowanie



Zrobiliśmy około 8100km (około, bo różnie motocykle i GPS podawały, wg mojego licznika wyszło 8089, GPS podał 8160). Suma odcinków pewnie nie będzie się zgadzać, bo niektóre są na oko, jak wszyscy 3 zapomnieliśmy skasować liczniki dziennych przebiegów :) Na Ukrainie i w Rosji należy uważać na milicję i kontrole na posterunkach drogowych. Najlepiej udawać, że ni w ząb nie rozumie się po rosyjsku, wtedy najłatwiej uniknąć wymuszenia łapówki. Generalnie nie dawać się zbyt łatwo i iść na pewniaka - żądać okazania pomiaru radarem, gdzie niby tren znak zakazu stoi, w większości przypadków gadanie o zabraniu Prawa Jazdy to tylko straszenie. Z noclegami nie ma problemu, ceny jak widać w opisie nie są jakieś wygórowane, a nawet bardzo przystępne. Trzeba się trochę potargować i ew. szukać moteli nie przy samej drodze - te są najdroższe. W samym Dagestanie tylko raz płaciliśmy za nocleg, w Achty - 80 rubli za trzech, czyli 8zł. Tak wszędzie byliśmy goszczeni przez miejscowych, włącznie z jedzeniem. Warto więc mieć jakiś drobny, ale ciekawy upominek. W naszym przypadku były to koszulki z logo <sic> naszego wyjazdu. Benzyna (95) na Ukrainie kosztuje około 6,30 hrywny - około 3zł, w Rosji 22 ruble - około 2,20zł. Ze stacjami nie ma problemu, nawet w Dagestanie w każdej większej wiosce/miasteczku jest stacja. Natomiast z jakością paliwa jest różnie. Generalnie nie ma ogóle dobrego, jest tylko złe i gorsze niż złe :) Ale motocykle dawały radę. Zużyłem (R1200GS) 418,25l benzyny, co daje przy przebiegu 8089km średnią 5,17l na 100km. Całkiem przyzwoicie, jak na obładowanego kuframi GSa. Podobnie, może ciut więcej palił R1100GS Rona, Buzar do Triumpha tankował średnio litr, dwa mniej niż my. Całkowity koszt podróży myślę, że zamknie się w 3500zł - jeszcze nie podliczyłem wszystkich obciążeń z kart :) Więcej fotek w menu Dagestan -> Zdjęcia.
Comments